Ziezimieszki w akcji

17 czerwca 2009

I padło na nas. Przyszli źli i zabrali. Połakomili się na nasze koszule, ulubiony Isi śpiwór, namiot i już nieco zużyte plecaki. I dobrze im, niech mają skurczybyki! Strój kąpielowy Beaty, pidżamkę Bernasia, moje gacie. Nie zabrali prawie niczego (no dobra, zabrali namiot, plecaki i praktycznie wszystkie ciuchy) naprawdę wartościowego materialnie (wszystko mieliśmy przy sobie), ale zabrali (zupełnie przypadkiem zapewne) niektóre rzeczy wartościowe niematerialnie. Na przykład wypełniony w sporym kawałku pamiętnik Isi. 😦 Na przykład klocki-helikopter Bernasia, które dostał od chrzestnego przed wyjazdem i które nosił dzielnie. :-(. Smuta i płacz były wielkie. Mamy tylko nadzieję, że nasz ubezpieczyciel załatwi wszystko jak trzeba, bo zabawki trzeba będzie oczywiście odkupić (nie wspomnę nawet o innych rzeczach).

Mieliśmy szczęście (znowu!), bo paszporty, komputer, aparat i inne takie rzeczy zawsze nosimy przy sobie. Jak to się stało? Zostawiliśmy dosłownie na 20 minut samochód z bagażami przed hotelem i poszliśmy na krótki spacer. Chwila naszej nieuwagi – zgadza się. Trach szybka boczna (kłania się samochód z częścią bagażową na wierzchu), otwarcie drzwi i cap za wystające plecaki. Tak to musiało wyglądać. Brali, co było na wierzchu. [Piii…] [piii…] i żeby ich [piii…]

Po kontrolnym wezwaniu kostarykańskiej policji turystycznej (pomogli różni serdeczni przechodnie), która była nad wyraz w porządku i nawet posługiwała się językiem angielskim, największy stres mieliśmy z tego powodu, że jesteśmy o 20:30 w miasteczku niedaleko lotniska, jutro z samego rana lecimy do Ekwadoru, a cały nasz pozostały dobytek wala się po bagażniku bez plecaków. Trzeba nam było na zakupy! Tu jednak o tej porze to wszyscy idą spać. Policja stanęła na wysokości i eskortowała nas (auto bez bocznej szyby) do ostatniego otwartego supermarketu, gdzie uzupełniliśmy braki garderoby i kupiliśmy torbę sportową. Resztę mamy zamiar dokupić już w Ekwadorze (podobno tam łatwiej ze sprzętem turystycznym). Tym sposobem linie lotnicze LACSA na nas jutro oszczędzą, bo zamiast 4 plecaków nadamy jedną torbę. 🙂


Zielona jazda bez trzymanki

13 czerwca 2009

Kostaryka początkowo nas nie zaskoczyła – miało być bardziej komercyjnie i amerykańsko i rzeczywiście było. San Jose to przyjemne, biznesowe miasto (oczywiście z mniej przyjemnym centrum, do którego wieczorem wchodzić nie radzą) pełne znanych z USA sklepów i sieciowych knajp oraz spacerujących ludzi z kubkami kawy w ręku. Znów odwiedziliśmy centrum handlowe i wielki sklep spożywczy kubek w kubek jak nasze wrocławskie EPI – tym razem głównie celu odwiedzenia sklepu fotograficznego (jak już tu pisaliśmy parę strat w sprzęcie mamy). Dzięki dobrze zaopatrzonemu RadioShack dało się ożywić mój aparat (to jednak ładowarka się spaliła, a nie bateria). Będą więc znów relacje wideo i zdjęcia bardziej z kolana, bo mój aparat mogę ukryć, a Beaty “rura” od razu rzuca się w oczy.

Widok z drogi do Monteverde W San Jose rozpoczęliśmy też bardziej komercyjną część wyprawy, czyli tygodniowy wynajem auta. Kostaryka jest nieco droższa niż inne kraje Ameryki Środkowej, i chodź autobusy dojeżdżają wszędzie, to więcej tu autokarów i turystycznych busików niż naszych ulubionych chickenbusów (o tych ostatnich na łamach tej strony jeszcze będzie głośno, zobaczycie). Mamy więc nadzieję zwiedzić szybciej i więcej dzięki samochodowi – nadal utrzymując w ryzach budżet, bo w końcu przed nami jeszcze kupa wydatków. Jeśli chodzi o auto to już pierwszy dzień dostarczył niezłych wrażeń i widoków, bo musieliśmy pokonać 35 km szutrowej drogi pod górkę (niektóre miejsca nie dało się przejechać inaczej niż na jedynce). Ale widoki były przecudne, gdyż dzięki radom Kasi, z którą spotkaliśmy się w San Jose (bardzo dziękujemy za poświęcony czas!) udaliśmy się do Monteverde – ostoi górskiego lasu tropikalnego z wododziałem na samym środku (strona karaibska jest wyraźnie wilgotniejsza i zachmurzona, a strona pacyficzna bardziej sucha). Jesteśmy na wysokości około 1300 w miasteczku Santa Elena i pierwszy raz czujemy chłód! Jest jak w Karpaczu. Po pierwsze przez pogodę: wieczorem chłodno (bluza polarowa wskazana), w dzień ciepło i słońce, ale czasem pada (w końcu jest pora deszczowa, a tu w górach w czasie pory deszczowej 80% czasu pada). Po drugie przez miejsce: mnóstwo wesołych turystów, knajpki, dyskoteki, bary, piwo w dużych pojemnikach i atrakcje różnorakie od wycieczek po plantacji kawy, przez farmy żab, węży i robali aż do centralnej oferty regionu, czyli canopy.

Canopy  KostaryceCanopy widzieliśmy już wcześniej, ale jak się okazuje, pierwsze takie komercyjne na świecie zrobił pewien Kanadyjczyk właśnie tu w Monteverde w Kostaryce. Potem zresztą opatentował nazwę i chciał namówić innych właścicieli podobnych parków (których mnoży się wszędzie mnóstwo) do płacenia mu “tantiem”. Oczywiście to się nie udało i dzięki temu rynek jest normalny, a konkurencja wyraźna. Zafundowaliśmy sobie oczywiście taką atrakcję zaliczając dziś park Selvatura. Co to takiego jest? Canopy, albo zip-line, czyli nasza tyrolka to po kostarykańsku szereg zjazdów w uprzęży po stalowych linach rozpiętych w tropikalnym lesie. Albo nad tropikalnym lasem. Tak w sumie to czasami wysoko nad lasem. I czasami liny są długie. Albo bardzo długie. Słowem – niezła jazda! Dość powiedzieć, że najdłuższa lina, którą dziś jechaliśmy miała ponad pół kilometra długości! W sumie było ich kilkanaście plus mnóstwo wiszących mostów, po których można spacerować oraz jeden szalony “skok Tarzana”, czyli skok na zwisającej z góry linie z platformy w głąb dżungli – uczucie podobne do bungee jumping. Dzieci oczywiście też zaliczyły wszystko, przy czym Bernaś cały czas z instruktorem, a Isia tylko na niektórych (gdzie okazywała się za lekka). Najlepszą część, czyli skok Tarzana zaliczyli wszyscy samodzielnie (przy czym dziewczyny piszcząc, a Bernaś krzycząc “Tarzan!”). Wrażenia niesamowite, widoki przecudne. Dodatkowo na końcu zaczęło lekko padać, a las okryła mgła. Jechało się jeszcze lepiej – tajemniczo, jak przez jakiś park jurajski. Zobaczcie sami:


Granada – perła hiszpańskiej kolonizacji

7 czerwca 2009

Katedra w GranadzieGranada – najstarsze europejskie miasto obu Ameryk, perła kolonii hiszpańskiej zbudowana w 1524 jakby na pokaz – aby przenieść w odległe kraje część świetności Starego Kontynentu. Wielokrotnie łupiona przez brytyjskich piratów (szczególnie wsławił się znany nam z Utilii Henry Morgan) zachowała się jednak w bardzo dobrym stanie. Kolorowe fasady domów, starodawne wnętrzna, drewniane podłogi, szerokie bulwary, uroczy park na ryneczku i mnóstwo starych kościołów – jest co oglądać. Poza tym fajna, spokojna atmosfera, pyszne Mojito w knajpkach i olbrzymie jezioro (słodkie morze – jak tu na nie mówią) z plażami i deptakami (choć plaże do najpiękniejszych nie należą). Wszystko to sprawiło, że mieszkanie tu było przyjemnym odpoczynkiem. Dla niektórych łasuchów była to też okazja do eksperymentów. Kilka długich spacerów zaowocowało też solidną galerią, do której zapraszamy. W piątek dodatkowo mieliśmy atrakcję w postaci festynu ekologicznego, na którym swe umiejętności prezentowały zespoły taneczno–perkusyjne z kilku miejscowych szkół średnich. Wyglądało to na zawody, a każda szkoła chciała pokazać się od najlepszej strony. Były więc stroje, sztandary, układy taneczne i wspaniały ładunek energii. Wyglądało to super, a słuchało się jeszcze przyjemniej niż oglądało. Kilkudziesięciu chłopa bardzo dynamicznie walących w bębny, werble, talerze, tarki i wszelkie inne instrumenty perkusyjne pod dyktando sterującego tym wszystkim znakami dłoni “dyrygenta” z gwizdkiem w ustach oraz tańczące w rytm muzyki dziewczyny. Naprawdę miło było popatrzeć i posłuchać. Starałem się jak mogłem nagrać video komórką (baterii do aparatu nadal nie mam), ale niestety to co wyszło nie nadaje się do wrzucenia. Przesterowane i strasznie skacze. Tak więc musicie uwierzyć na słowo i zadowolić się zdjęciami.


Wodospad Indiany

31 Maj 2009

Wodospad PulhapanzakW centrum Hondurasu, niedaleko jeziora Yojoa można znaleźć się w takich okolicznościach przyrody, że każdy hollywoodzki reżyser szukający romantycznej lokalizacji w dżungli, powinien być zachwycony. To ponad czterdziestometrowy wodospad Pulhapanzak – jeden z piękniejszych wodospadów Ameryki Środkowej. W przewodniku piszą, że tu się czuje klimat, jak z filmu Indiana Jones i dokładnie tak to wygląda.

Dziarski chickenbus wysadził nas przy ponad kilometrowej, szutrowej drodze prowadzącej do wioseczki San Buenaventura oraz do wodospadów znajdujących się zaraz z nią. Na szczęście było z górki. 🙂 Za wioską niepozorny drogowskaz, budka strażnika i zarazem kasjera oraz spory zadrzewiony teren rekreacyjny: ławeczki, huśtawki, górska rzeka w której można się przekąpać (oczywiście tą przyjemność zaliczyliśmy), mała knajpeczka i zielony, zacieniony teren kempingowy. Dotarliśmy po południu, więc było już cicho i spokojnie. zdążyliśmy jeszcze zejść na sam dół wodospadu, gdzie za odpowiednią opłatą można wraz z przewodnikiem dotrzeć (w kąpielówkach oczywiście) aż za wodospad – podobno jest tam jaskinia. Niestety część rodziny odmówiła, a części odmówiono (ze względu na wiek) więc z tej przyjemności zrezygnowaliśmy ograniczając się do wrażeń wzrokowych. Obok jeden z efektów zabiegów fotograficznych Beaty (głównie spod ręcznika, bo powietrze wypełnione jest mgiełka wodną – im niżej tym bardziej).

Rano (a to niedziela przecież) okazało się już do czego służy ten teren rekreacyjny. Zjechały się całe wycieczki oraz rodziny honduraskie (koniecznie z wałówkami), z głośników w knajpce zaczęło walić techno i zaczęła się standardowa niedzielna sielanka. Skąd ja to znam… 🙂 Zwijamy więc manatki i jedziemy zaszyć się w parku narodowym Cerro Azul Meambar po drugiej stronie jeziora.


Utila my love

26 Maj 2009

Prom na Utilę Siedząc tu nie za bardzo rozumiem, po co się jeździ nad Bałtyk. Bo wyobraźcie sobie takie coś: Utila to owalna wyspa długości jakiś 13 km szeroka na 3. Płaska praktycznie jak deska i pokryta zielenią. Przy brzegu wszędzie domki z pomostami, dyskretne ośrodki wczasowe, hoteliki. Wygląda to wszystko sielankowo i spokojnie, bo nie ma tu dużych betonowych hoteli, ani wielkiej turystyki. Atmosfera wyluzowana – w dawnych czasach była tu siedziba angielskiego pirata kapitana Jamesa Morgana (znanego m. in. z butelek z rumem). Po głównej ulicy miasta wszyscy człapią w klapkach lub poruszają się rowerami, meleksami lub skuterami. Przeważają goście firm nurkowych i różnego sortu podróżnicy – nie spotkasz tu eleganckiego pana lub pani turystki z pieskiem. Prawie nie ma plaż – raczej pomosty, zejścia do wody lub bezpośrednio na rafę. Właśnie rafa, bo Utila jest położona praktycznie na pełnej rybek i kolorów rafie koralowej. Jest tu kilka barów, restauracji, jedno kino, jedna siłownia, parę sklepów i kościołów (mieszkańcy są raczej konserwatywni) oraz sporo firm nurkowych. Wszyscy mówią po angielsku (historyczne wpływy brytyjskie). Powiecie: raj? No tak, ale ja jeszcze nie skończyłem… 🙂

Utila Cayes Jakieś 500 metrów od brzegu głównej wyspy, a 20 minut łodzią z głównego miasteczka po drugiej stronie leżą Utila Cayes (wymawia się to jak “keys”, czyli klucze – może nazwa wzięła się od klucza ptaków?), czyli szereg malutkich wysepek wystających z rafy. W Belize nurkowaliśmy na takiej właśnie wysepce. Tutaj są one mniej spektakularne, bo mniej jest na nich palm, ale za to jest ich więcej, są bliżej i są wszystkie dostępne kajakiem z naszego hotelu (W Belize większości były po prostu prywatne). Dwa z nich (Jewel Caye i Pigeon Caye ) są zamieszkane i połączone mostem. Jest to jakby małe miasteczko na wodzie. Ma ok 500 mieszkańców, 7 kościołów, kilka sklepów, mały targ rybny, niezobowiązujące bary oraz jedną kafejkę internetową i pub prowadzony zresztą przez polaka – Henryka Karpińskiego, który co prawda polakiem jest w 100% (rodzice z Warszawy), ale po polsku niestety nie mówi. Bardzo się ucieszył, kiedy spytaliśmy się go o korzenie i pogawędziliśmy o ojczyźnie. Miasteczko Utila Cayes można przejść chodnikiem w 10 minut. Nic tu nie jeździ, bo nie ma drogi tylko chodnik, a wszystko ma jakiś kilometr długości – a może nawet mniej. Na jednym końcu wysepki jest hotelik prowadzony przez firmę nurkową Captain’s Morgan Dive Shop. Hotelik jest niewielki, ale schludny, a pokoje nad wyraz duże. Miejsce dla klientów firmy kosztuje 5 dolarów za noc od osoby! Nic dodać, nic ująć. Można tu spędzić piękne wakacje – woda tuż przy pomoście hotelu jak kryształ – korale, ryby, wodne ogórki w dużej ilości i wszystko, co dusza zapragnie. Dziś Beata i dzieci widziały nawet orlenia (czyli eagle ray) – jeden z rodzajów płaszczki (i Southern Sting Ray), a nasz młodszy w kółko śledzi łażące po dnie i pod pomostem piękne kraby. Wieczorem wieje chody wschodni wiatr, który płoszy wszelkie komary i muszki, a siedząc na pomoście i patrząc w gwiazdy słychać tylko szum wody. Po prostu bosko!

Piękne korale mózgi No i do tego dochodzą nurkowania! Niedaleko od hotelu zaczyna się już krawędź rafy, więc nie trzeba daleko się ruszać, aby zaliczyć fajne widoki. Ale najlepsze miejsca są po północnej stronie wyspy, gdzie ściana schodzi na głębokość ponad 100 metrów i miejscami tworzy niesamowite labirynty. Dziś nurkując tam widzieliśmy wielką murenę, kilka barakud i niezliczoną liczbę innych rybek. Wczoraj pojawił się wielki, stary krab, siedzący w jakiejś dziurze, który wyglądał jak obcy z serii Aliens. Jego skorupa przypominała czaszkę obcego, a nogi – jego ramiona. Słowem świetny widok. Dziś tez udało mi się pierwszy raz w życiu widzieć rekina wielorybiego. Te największe na świecie ryby przypływają tu na żerowisko (na szczęście ludzi nie jedzą) i co jakiś czas wypływają na powierzchnię po plankton. Wówczas na wodzie tworzą się niesamowite bąble i widać ogromne zamieszanie. To tuńczyki i inni mieszkańcy morza szaleją w panice uciekając przed rekinem. A może z jakiś innych przyczyn tak wariują? W każdym razie dzięki temu daje się zauważyć, gdzie rekin się pojawi i odpowiednio wcześnie skierować tam łódź. Wówczas – na znak kapitana – wszyscy powinni najciszej, jak to możliwe, wskoczyć do wody tylko w maskach, rurkach i płetwach, i próbować cichutko i spokojnie podpłynąć do zawieszonego tuż przy powierzchni olbrzyma. Powinno się podpłynąć z boku, bo rekin – choć ma słaby wzrok – jest bardzo płochliwy i przestraszony nurkuje, gdy coś przed sobą zobaczy lub usłyszy. Jeśli podpłynie się do niego cichutko i spokojnie, to można obserwować go całymi minutami. Zresztą z boku najlepiej wychodzą zdjęcia, bo ryba ta ma na całym ciele piękne białe plamki – podobno po tym można rozpoznać poszczególne osobniki, bo układ kropek jest niepowtarzalny.

Rekin wielorybi w całej krasie Całą tą teorię wyłożył nam ładnie divemaster “Tuna” (tuńczyk), ale jego wykład nie został w praktyce zastosowany, gdyż na znak kapitana całe około 20-osobowe towarzystwo wskoczyło na wariata do wody i popędziło w stronę wskazywaną przez kapitana nie zważając na hałas. Podobnie zrobiła ekipa z łodzi konkurencji i zaczął się zwariowany pościg za rekinem. Wyglądało to zabawnie. Dwudziestka dorosłych ludzi siedzi w wodzie wypatrując, jaki kierunek wskaże gość na łodzi, a potem zasuwa w płetwach jak na wyścigu przepychając się – kto pierwszy, ten lepszy. Po chwili widać już, że nic tam nie ma i wszystkie oczy znów kierują się na kapitana. Kapitan wskazuje kierunek i znów płyniemy. Po kilku takich akcjach jesteśmy wzywani z powrotem na łódź i zabawa zaczyna się od początku. W sumie odbyło się dziś kilka prób – w tym trzy zakończone sukcesem. Mogę więc powiedzieć, że widziałem 3 rekiny wielorybie. Pierwszy nie był duży, jakieś 4-5 metrów długości. Podpływaliśmy do niego z boku od tyłu i naprawdę było go dobrze widać , ale dość szybko zorientował się, że jest obserwowany (za dużo narobiliśmy zamieszania) i zszedł w głębiny. Drugiego widziałem tylko przez kilka sekund, bo był daleko i również schodził już na dół. Za to trzeciego kapitan namierzył nam bardzo dobrze (to ten, na zdjęciu obok), bo pokazał nam, gdzie się pojawi i wszyscy podpłynęliśmy do niego, gdy wychodził właśnie na powierzchnię. Był spory – wg mnie jakieś 7-8 metrów. Wyglądał niesamowicie w tej przejrzystej, oświetlonej słońcem wodzie, cały pokryty delikatnymi plamkami. Niektórzy wyrwali się jednak do przodu, aby zerknąć z bliska i weszli mu w pole widzenia. Rekin więc obrócił się leniwie w naszą stronę, spojrzał na wszystkich, kłapnął niegroźnie gębą (paszczą bym tego nie nazwał), zrobił w tył zwrot (na szczęście w dobrą stronę), przepłynął nam dostojnie przed nosami i zanurkował w głębiny pokazując swój wielki ogon. Przez chwilę był jeszcze niewyraźnym cieniem, aż został tylko wielki błękit. Niesamowite przeżycie!

Wkrótce pełna galeria!


Honduras – ruiny i ulewy

25 Maj 2009

Po długiej podróży busikiem z Panajachel do Copán pożegnaliśmy wreszcie Gwatemalę. Honduras przywitał nas na granicy wieczorną atmosferą rozleniwienia oraz sympatycznym, grubym cinkciarzem, który po charakterystycznym “Change money?” wyjął zza pazuchy największy plik banknotów, jaki widziałem. Plik był spięty gumka, nieźle pomięty i zawierał chyba wszystkie okoliczne waluty – wyglądało to tak, jakby były pomieszane, ale lokalny biznesmen radził sobie z nim bardzo dobrze. Sprawnie podał kurs, sprawnie odebrał banknoty, które wymieniałem, dołożył do kupki i wydał co trzeba. Wszystko niemal jedną ręką i z uśmiechem na ustach. Trochę był zawiedzony, że tak mało dolarów wymieniam (głównie pozbywałem się gwatemalskich quetzali a, w naszej podróży posługujemy się jednak bankomatami), ale uśmiech nie znikał mu z okrągłej twarzy. Wymieniał wszystko po zadziwiająco korzystnym kursie, bo tu najwyraźniej wszędzie równo 1 dolar to 20 Lempir. Można nim też płacić w takim przeliczniku. Przypomniało nam się Belize, gdzie kurs dolara belizyjskiego był ustalony rządowo z góry (1 USD = 2 BZD). Nie ma więc miejsca na specjalne kombinacje – z korzyścią dla turystów. Do miasteczka Copán Ruinas, jakieś 10 km za granicą, dotarliśmy dopiero po 21 – całe szczęście, że zawczasu zrobiliśmy sobie rezerwację w sympatycznym rodzinnym hoteliku Don Moises Hotel (nawiasem mówiąc nie było go w Lonely Planet, a jak ostatnio się przekonujemy niektóre miejsca, jak już znajdą się w przewodniku, to przestają się starać).

Copan Następny dzień spędziliśmy w ruinach kolejnego miasta Majów – Copán. Największy zabytek Hondurasu, dobrze przygotowany dla turystów, bardzo fajnie pokazany (świetne muzeum zaraz obok ruin) i dostępny praktycznie na piechotę z miasteczka – powstałego jakby głównie dla turystów chcących obejrzeć ruiny. W dziecięcym muzeum można było nawet zrobić sobie zdjęcie jako król Majów 18 Królików (plansza z dziurą na głowę) – dzieci oczywiście skorzystały. Porównując Copán do Tikal trzeba przyznać, że piramid praktycznie nie nie ma, za  to są wspaniałe tablice z hieroglifami oraz rzeźby, a raczej płaskorzeźby pokryte inskrypcjami, imponujące place, budowle i grobowce oraz jedno dobrze zachowane boisko do piłki nożnej. Zapraszamy wkrótce do galerii na zdjęcia.

No dobra, boisko było ale nie do końca do znanej nam piłki nożnej, a do bardzo popularnej wśród kultur Ameryki Środkowej gry w pelotę. Pelota, to po hiszpańsku piłka, więc co by nie pisać – jest to gra w piłkę. Tylko może nie do końca nożną, a raczej “biodrową”. Gracze odbijali kauczukową piłkę wielkości sporego grejpfruta wyłącznie za pomocą bioder, barków i ramion. Nogi i ręce były zabronione. Celem gry było trafienie do jednej z dwu pionowo ustawionych, kamiennych obręczy. Boisko miało zawsze kształt dwu połączonych liter T z “domami” obu drużyn po dwu stronach. W Copán znajduje się właśnie jedno z większych i najlepiej zachowanych. Podobne boiska widzieliśmy odtworzone w muzeum antropologicznym w Mexico City. Tam też nagrałem poniższy filmik (wyświetlany na monitorach w muzeum) obrazujący sposób gry. Myślę, że on wiele wyjaśni, bo gra nie należała do łatwych, a przy większych rozgrywkach gracze przegranej, czy też wygranej drużyny mogli dostąpić zaszczytu bycia złożonymi w ofierze bogom. 🙂

Wieczór zaskoczył nas olbrzymią burzą i ulewą, która spowodowała trwającą aż do naszego wyjazdu nazajutrz awarię prądu w połowie miasta. Na szczęście udało się poprzedniego dnia wystawić zaległe relacje z Panajachel, bo przy świeczkach i latarkach owszem można siedzieć, ale komputery jakoś nie chcą działać. Burza była naprawdę spora – istne oberwanie chmury trwające ze 3 godziny. Deszcz walił strasznie, ulicami płynęły rzeki wody i błota (znajomi Francuzi uratowali nawet z niej malutkiego kotka zalewanego przez strumienie na ulicach, nazwali go “Mały szczurek” i mają go zamiar zabrać do Francji), a nasz hotel wyglądał tak, jakby dach miał zamiar nieco tej wody popuścić. Nam oczywiście przypominało się słuchając walącej w okna ulewy, co czytaliśmy w przewodniku o huraganie Mitch, który spustoszył Honduras kilka lat temu – głównie za sprawą właśnie deszczu i osuwających się na wioski lawin błotnych.

Nazajutrz (na szczęście dzień już był suchy) dzień wsiedliśmy znów w autobusy i tym razem posługując się zwykłą publiczną komunikacją chickenbusowo-autobusową (działającą w Hondurasie bardzo dobrze i jak na razie bez zbyt namolnych naganiaczy) dotarliśmy do Teli nad Morzem Karaibskim, następnego dnia na Utilę (jedną z Wysp Zatokowych – popularnego honduraskiego miejsca dla nurków i miłośników kąpieli wodnych i słonecznych), gdzie w atmosferze nieco sielankowej mamy zamiar posiedzieć kilka dni. Ale o tym już w następnym odcinku…