Taniec plemienny

15 września 2009

TaniecDo Window Rock, stolicy rezerwatu Nawajów, dojechaliśmy wczesnym popołudniem. Kupiliśmy bilety wstępu nie bardzo wiedząc zresztą, jak będzie wyglądać cała impreza. Na rękach wbito nam czarnym tuszem okrągłe pieczątki. Wszyscy byli trochę jakby jeszcze zaspani, słońce świeciło, karuzele na wesołym miasteczku kręciły się ospale, a wzdłuż drogi dojazdowej stały samochody i porozbijane były tu i ówdzie zwykłe namioty turystyczne – w tak zaimprowizowanych, niezliczonych budkach można było kupić przekąski i napoje gazowane. W kilku barakach nieopodal porozkładane były stoiska szkół, przychodni, instytucji rządowych i grup muzycznych, a zaraz obok prowadzono też akcje uświadamiające dotyczące AIDS i narkotyków. Niedaleko odbywały się przesłuchania do wieczornego konkursu, goście w dżinsach i koszulach z niewielkimi ozdobami z piór tańczyli w rytm podawany przez śpiewających. O pierwszej zaczęło się rodeo – jedno z kilku w czasie trwania targów – zwycięzcy mieli wziąć udział w finałowym rodeo następnego dnia. Na trybunach siedziały dzieciaki z rodzicami podgryzając watę cukrową w syntetycznych kolorach, pijąc coca-colę, zajadając smażoną cebulę, corndogi (smażone parówki w cieście kukurydzianym) i osłaniając się od słońca zwykłymi parasolkami. Dało się zauważyć, że taki tryb życia nie sprzyjał zdrowiu – ilość osób ze sporą nadwagą był zaskakujący, szczególnie porównując obecny stan do magicznych w wyrazie zdjęć sprzed kilkudziesięciu lat. Konie szalały, indiańscy kowboje z szybkością błyskawicy wiązali cielaki i uciekali spod kopyt byków albo obijali sobie kręgosłupy z imponującym uporem usiłując utrzymać się na wierzgających ogierach. Rodeo było fascynujące, ale później znów zrobiło się sennie – doroczny zjazd Nawahów rozkręcał się powoli. Stwierdziliśmy, że wrócimy wieczorem, już na właściwe powwow.

Kolorowe niebo kolorowy strój Wieczorem samochodów było dużo więcej, a miejsc na parkingu prawie wcale. Święto już trwało. Na arenie między metalowymi rozkładanymi trybunami tańczyło rytmicznie, ponad 100 osób – kobiet, mężczyzn, dzieci z numerami uczestników przypiętymi do przepięknych strojów. Stroje zrobione z piór, koralików i barwnych tkanin, w wielu miejscach były obwieszone metalowymi grzechotkami. Niektórzy z tancerzy mieli twarze wymalowane białą farbą. Całość jednak zupełnie nie wyglądała jak konkurs, raczej jak wydarzenie towarzyskie – dookoła poustawiane były stoliki przy których siedzieli w swoich pięknych strojach występujący, zaraz obok kolegów w dżinsach. Można byłoby przysiąc, że niektórzy wybrali się na spacer albo na ploteczki. Panowała przyjazna atmosfera, uczestnicy imprezy witali się, rozmawiali i uśmiechali się do siebie. Ubrany w strój w brązowej tonacji Indianin podszedł do Błażeja i Bernasia i zaprosił ich do tańca międzyplemiennego – mieli w rytmiczny sposób przestępując z nogi na nogę okrążyć plac obowiązkowo zakreślając pełne koło. 2B wniebowzięci pokiwali się trochę we wszystkie strony i kazali robić sobie zdjęcia (z tym to już ciężko było,  bo na arenie tłum). Śpiewacy recytowali, (może śpiewali?) tradycyjne pieśni indiańskie. Znaleźliśmy się w trochę innym świecie, wyobraźnia nam pracowała niezwykle intensywnie i przypominały się wszystkie książki o Indianach czytane w dzieciństwie (pomijam tu współczesne akcenty, bo przecież o ogólny wydźwięk, a nie o szczegóły tu chodzi).

Nie mogłam jednak nie pomyśleć o relacji jednego ze świadków tańca ducha w Wounded Knee Creek ponad 100 lat temu. Tańca, który budził paniczny strach białych, chociaż Siuksowie zamknięci w rezerwacie byli zdziesiątkowani i niedożywieni. Tańca pełnego tęsknoty za prerią pełną bizonów i nieskrępowaną wolnością. I nie mogłam nie pomyśleć o tym, co się wtedy stało. Czy podczas plemiennych powwow ktoś jeszcze pamięta o Wounded Knee Creek?

Pełna, poruszająca relacja z wydarzeń w Wounded Knee Creek w książce “American Indians Myths and Legends” (redakcja: Richard Erdoes).

Streszczenie wydarzeń w języku polskim tu.

Galeria z Annual Navajo Nation Fair tutaj.

Zapraszamy również na filmki:


Nareszcie jabłka

5 września 2009

Mniej więcej w połowie osiemnastokilometrowego spaceru po Needles w Canyonlands Każdy z parków narodowych, które odwiedzamy, nas zaskakuje. Najpierw było Canyonlands, w którym spodziewaliśmy się kanionów, a były przepiękne, dzikie i pustynne pustkowia z przepięknie rzeźbionymi wiatrem i wodą pomarańczowymi skałami – w środku dnia cisza była taka, że dźwięczało w uszach. Wymarzone, chwytające za serce miejsce na przemyślenia – dzikie, odludne i niezwykle piękne. Niezwykłe są tu przestrzenie – tego się nie spotyka w parkach w Polsce, które są raczej niewielkie i zazwyczaj na ich terenie są wioski albo miasteczka – dużo trudniejsza jest ucieczka od cywilizacji.  W Stanach dzikie odludzia bez jednej osady ciągną się czasem przez kilkadziesiąt, niekiedy kilkaset kilometrów. Jeśli jeszcze do tego mamy do czynienia z parkiem trochę dzikim, bez udogodnień dla niedzielnych turystów (autobusy, prysznice, prąd, klimatyzowane centrum) i to jeszcze o takiej urodzie jak Canyonlands, to można uznać, że znaleźliśmy perłę.

Capitol ReefPotem przyszedł czas na Capitol Reef National Park, do którego mieliśmy zajechać tylko na jeden dzień i niejako przy okazji. Wiedzieliśmy, że to olbrzymi monolit, ale spodziewaliśmy się podobnych wrażeń, co w Canyonlands. A tu widoki może zbliżone gdzieniegdzie nieco do the Arches (Parku Narodowego Łuków Skalnych), ale the Capitol Gorge – wąwóz, przez który przejechaliśmy, miał gigantyczne, gładkie ściany wymalowane przez naturę w odcieniach pomarańczu, szarości i bieli – wcześniej nie widzieliśmy takich nigdzie. Ten park miał też zupełnie inny charakter, bo oprócz pięknych krajobrazów chronił także miejsca historycznych wydarzeń. Najpierw dawno, dawno temu, jak wszędzie w Ameryce, żyli tu Indianie. Później z niewiadomych powodów przenieśli się gdzieindziej, a kilkaset po nich przybili mormoni.

A dla nas mandatOsadnicy tak samo jak współcześni bazgrolili po ścianach kanionu – napisów w serduszku “Józek+Ewa=LOVE” co prawda nie znaleźliśmy, ale na tak zwanym “Spisie Pionierów” gryzmołów było sporo. Różnica taka, że te napisy są teraz chronione, a my za malowanie po ścianach możemy oberwać 250$ mandatu. Etos etosem i legendy legendami, ale dzieci mormonów były zupełnie zwyczajne. Podczas lekcji, które odbywały się w maleńkim, ogrzewanym kozą budyneczku szkoły (zachowany do dziś) łobuzowali podobno na potęgę. Gdy nauczycielka wychodziła na lunch zapychali komin gazetą tak, że pokoik cały wypełniał się dymem, rzucali w sufit gumkami do mazania, dokazywali i płatali figle. Niełatwe życie miała z nimi świeżo upieczona, młodziutka nauczycielka, bo mali urwipołcie zakładali się, który z nich pierwszy doprowadzi ją do płaczu.

Ogrodniczka Mormoni posadzili we Fruicie (centralna osada Mormonów – dziś centrum parku) sady: brzoskwinie, grusze, jabłonie, wiśnie, pekany… Sady zostały do dziś – opiekuje się nimi służba parków narodowych. Odwiedzający są zapraszani do wizyt w sadach i własnoręcznego zbierania owoców. Przed wejściem do sadu stoi eleganckie pudełeczko z torebkami, ustawiona jest waga i skrzyneczka na pieniądze, a na trawie leżą drabiny oraz zbieraczki w kształcie koszyczków. Wszystko opatrzone precyzyjnymi instrukcjami obejmującymi bezpieczeństwo zbierających i zasady działania sadów. Za owoce wyniesione z sadu pobiera się opłatę w wysokości 1$ za funt, zaś tymi, które zje się w sadzie, można się delektować bez żadnych opłat. Więc się delektowaliśmy ;-), starannie najpierw wybrawszy odmianę. Z prawdziwą radością, bo nareszcie mogliśmy zjeść pyszne jabłka, zrywane z drzewa, tak soczyste, że sok nam ściekał po palcach. Wcześniej kupowane w supermarketach Granny Smith czy Red Delicious, choć bardzo smaczne, to jednak wszystkie były w tym samym kolorze, rozmiarze i każde z naklejeczką. Piękne, smaczne, ale jakoś nie zachwycały. Co innego jabłka z sadu. Zapakowaliśmy sobie jeszcze jabłuszek na wynos i po uiszczeniu opłaty szczęśliwi opuściliśmy sady, aby nazajutrz powtórzyć manewr raz jeszcze – raz w gruszach, raz w jabłoniach. Frajda była nie z tej ziemi.

Zapraszamy do galerii


Kącik łasucha – Navajoland

3 września 2009

Na południu Stanów Zjednoczonych widać wyraźnie wpływy meksykańskie -  w nazwach (Mesa Verde, San Diego, Los Angeles etc.), w sztuce (Nawahowie, o których pisałam wcześniej, uczyli się wyrobu biżuterii właśnie od Meksykanów – piękne srebrne ozdoby z turkusami zaczęły powstawać dopiero pod koniec XIXw.) i w kuchni. Zanim zachwycimy się jednak zielonym i czerwonym chile (Meksykanie nie nazywają chili “chili”, lecz właśnie “chile”),  burritos etc. – mała przystawka. Dziś o potrawie indiańsko – meksykańskiej czyli o Navajo Taco. Nawahowie to bardzo ciekawy szczep – ich języka używano do szyfrowania wiadomości w czasie II wojny światowej, a Japończykom nigdy nie udało się go złamać. Wielu z nich zostało później odznaczonych za zasługi wojenne. Stanowią największą mniejszość indiańską w Stanach Zjednoczonych. Przejeżdżaliśmy przez gigantyczny rezerwat Nawahów, który obejmuje część Nowego Meksyku, Utah i Arizony.

Meksykańskie taco al pastorW budkach w Santa Fe, przy drodze i na indiańskim rodeo królem przekąsek jest tradycyjny smażony chleb nawaski, podawany bardzo często bez żadnych dodatków, na gorąco, z chrupiącą skórką, na brzegach mocniej wypieczony, z dużymi pęcherzykami powietrza, w środku bardziej płaski. Pamiętacie być może, jak pisałam o tacos, których podstawą jest w Meksyku niewielka kukurydziana tortilla, na którą nakłada się pomidory, wieprzowinę, i różnego typu sosy takie jak np. guacamole (zdjęcie obok). Navajo taco wygląda nieco inaczej. To gigantyczne taco złożone z tradycyjnego smażonego chleba Nawahów ze sporą ilością dodatków. Zamówiłam sobie ten smakołyk po raz drugi w tej samej knajpce, w której jadłam go dwa lata temu, i którą udało nam się odnaleźć i tym razem.

Navajo Taco Wiedziałam, czego mogę się spodziewać, ale i tak porcja była olbrzymia. Spory (o średnicy około 25cm) placek z ciasta drożdżowego usmażony został w głębokim tłuszczu. Na gorącym, chrupiącym spodzie umieszczono sporą  ilość dodatków. Bazę stanowi mięciutka biała fasolka w pikantnym sosie z wyraźnie meksykańską nutą. Na niej, już nieco bardziej w tonie tacos, cieszyły oko świeżo pokrojone w drobną kostkę pomidory, (ale bez kolendry), następnie spore ilości białej cebuli, delikatnej sałaty i czarnych oliwek (tak, tak, nie pytajcie mnie skąd oliwki w daniu Nawahów 😉 – zrobiło się fusion na całego). Na wierzchu całość posypana startym serem. Ukoronowaniem tego dania były sosy – po pierwsze salsa (czyli po hiszpańsku właśnie sos) z pomidorów, papryki, papryczek jalapenos i cebuli. Jak dla mnie to taka salsa mogłaby stanowić danie samo w sobie. Jeśli to tylko możliwe, to chętnie będę zajadać w ilościach nieograniczonych… Znakomitym uzupełnieniem ostrej salsy była bardzo gęsta, zimna, kwaśna śmietana. Gorący chrupiący placek, zimna śmietana, ostra salsa i do tego mnóstwo warzyw. Nie trzeba więcej.

Kanapeczka pasterza W wersji dziecięcej chlebek smażony Nawahów został użyty do “kanapki pasterza” przyrządzonej na ciepło, przytrzymanej wykałaczką i przełożonej pięknym plastrem pachnącej ogniskiem, pieczonej (?) wieprzowiny. Pyszności. Do tego jeszcze porcja grubo krojonych frytek. Za frytkami to nie przepadam, ale z dwojga złego grubo krojone są zdecydowanie lepsze. Kanapeczka zaś była pyszna. Bernaś ledwo dał radę, ale łagodny sos (zbliżony do sosu tysiąca wysp ;-)) motywował go bardzo skutecznie.


Targ indiański, wersja amerykańska

28 sierpnia 2009

Zapinka Pędziliśmy przez Stany z zamiarem zobaczenia dorocznego, słynnego na cały świat Indian Market, który odbywa się w Santa Fe w trzeci weekend sierpnia. Do Santa Fe dojechaliśmy wczesnym popołudniem w sobotę i szybciutko zameldowaliśmy się na kempingu. Właścicielka od razu zapytała nas, czy wiemy, że w mieście odbywa się wielkie wydarzenie i poinformowała nas o ograniczonych możliwościach parkingu w centrum. Wręczyła też przepiękne foldery, które dały nam mocno do myślenia. Kolorowe, z cudnymi, artystycznymi zdjęciami tradycyjnych wyrobów indiańskich: biżuterii, plecionych talerzy i dywanów sugerowały bardzo artystyczny charakter imprezy. Stwierdziliśmy, że płacenie 10 dolarów za parking w samym centrum miasta nie do końca nam odpowiada, a jako że dla nas po wszelakich kanionach i różnych innych eskapadach maszerowanie pieszo nie stanowi żadnego problemu, porzuciliśmy nasz samochód jakieś 2 km od centrum i dalej poszliśmy już piechotą. Z tego entuzjazmu po drodze wpadliśmy prawie na jakiegoś pana, który niósł wyplatany talerz o średnicy około jednego metra manewrując nim z taką delikatnością, jak robiłby to kelner z Rosenthalem. Wkrótce miało się wyjaśnić dlaczego.

DrzemkaPierwsza sekcja targu, w którą weszliśmy, była sekcją kulinarną – wszędzie sprzedawano tradycyjny i bardzo smaczny zresztą, smażony chleb Nawajów. Całość wyglądała swojsko i przyjaźnie, udaliśmy się więc na zwiedzanie reszty. Części targu były podzielone na stoiska artystów uznanych, oraz dopiero zdobywających sławę. Dookoła głównego placu i okalających ulic rozłożonych było 5000 stoisk z ceramiką, biżuterią, malarstwem, dywanikami i serwetkami, figurkami, ale też nożami i tomahawkami z obsydianu i innych kamieni półszlachetnych, które wyglądały jak żywcem wzięte z powieści o Indianach.  Jakość wyrobów była niezwykle wysoka, a ilość przedmiotów prezentowanych produktów umiarkowana. Przy każdym stoisku stał artysta, który to wykonał, można było z nim porozmawiać o wykonanych przez niego wyrobach. Niektórzy z nich z dumą nosili odznaczenia wskazujące na otrzymane w czasie targu nagrody. No i jeszcze te twarze… Indiańskie ostre rysy, zdecydowanie kojarzące się z bohaterami prerii i pobudzające wyobraźnię. Niestety większość osób odziana była w dżinsy, a niektórzy z wyraźną satysfakcją popijali Pepsi Max.

CeramikaMnie osobiście zachwyciła niezwykle delikatna ceramika zdobiona misternymi, cienkimi jak włos wzorami. Nie wspomnę nawet o charakterystycznej biżuterii Nawajów – turkusy oprawiane w masywne, srebrne zdobienia. Nie było prawie wcale sztuki popularnej powielanej w wielu egzemplarzach – w zasadzie na każdym stoisku można było obejrzeć prawdziwe, unikalne arcydzieła. Można było obejrzeć, ponieważ ceny przekraczały nasze możliwości nabywcze. Przepięknie wyplatany kolorowy talerzyk wielkości spodka do herbaty kosztował 250 dolarów, a taki, jaki niósł spotkany przez nas wcześniej pan – 1500 dolarów. Wszystko więc stało się jasne – cena odzwierciedlała nie tylko znakomitą jakość wyrobów, ale także markę artysty, a za nią, jak wiadomo, płaci się słono.

Zapinki w ilości i rozmaitości większej Cały targ jest gratką dla kolekcjonerów, niezwykłym wydarzeniem, któremu towarzyszą konkursy na najlepszy strój indiański, koncerty i spotkania ze znanymi osobistościami świata Indian. Od razu nasunęły mi się skojarzenia z targami podobnych (choć nieco gorszej – niewątpliwie – jakości) wyrobów w Ameryce Łacińskiej z ich gwarem, tłokiem i olbrzymią ilością często podobnych do siebie towarów. Różnice krótko można podsumować to w następujący sposób: targi artesanias, jakie widzieliśmy w Ameryce Łacińskiej to dla nas wydarzenie przede wszystkim kulturowe, Annual Indian Market w Santa Fe – kulturalne. Możecie wybrać, co podoba Wam się bardziej, ale jestem pewna, że takiego nagromadzenia dzieł sztuki indiańskiej nie da się zobaczyć nigdzie indziej.

Zapraszamy do galerii z Nowego Meksyku.


Kącik łasucha – Luizjana

21 sierpnia 2009

Wszystko się zaczęło jeszcze na Florydzie, kiedy kupiliśmy pierwsze masło orzechowe. Konkretnie mówiąc wersję podstawową masła orzechowego – orzechy ziemne z dodatkiem oleju roślinnego. Kupujemy je jako zdrowszy i łatwiejszy do przechowywania zamiennik tradycyjnego masła także w Polsce, a w podróży sprawdza się szczególnie dobrze. Dowód: zawartość słoiczka znikła szybko, a co poniektórzy skrobali go tak, że prawie dziura została ;-). Drugi słoiczek kupiliśmy w poleconej przez Gabi sieci supermarketów z żywnością organiczną Whole Foods Market. Jak żywność organiczna, to żywność organiczna – masło nie zawierało dodatku oleju. Same orzeszki i sól – kremowe z  chrupiącymi kawałkami orzechów (odmiana “crunchy”, czyli chrupiąca; wersja “smooth” jest kremowa i gładka) stanowi solidną porcję białka (i, niestety, kalorii). Tak pyszną, że powiedziałam sobie: “Masło orzechowe z dodatkiem oleju? Nigdy więcej! Tylko orzeszki i sól!”

Gotowane orzeszki ziemne - specjalność południaTak więc jeszcze zanim wjechaliśmy na dobre na wybrzeże Zatoki Meksykańskiej, rozgrzewkę mieliśmy za sobą i nastawieni byliśmy bardzo orzechowo. Nic więc dziwnego, że kiedy trafiliśmy na niedzielny targ w Tallahassee i zobaczyliśmy wielki napis “Green Boiled Peanuts” (“gotowane zielone orzeszki ziemne”) nie wahaliśmy się długo i kupiliśmy wielki kubek w celu degustacji orzechowych specjałów spodziewając się wariacji boskiego masła orzechowego. A tu niespodzianka! Łupinki były dość  miękkie, w środku orzeszki wyglądały bardzo klasycznie tyle, że były mokre, bo właśnie wyciągnięto je z wielkiego gara pełnego brązowawej słonej wody. Za to smak…  hmm… smakowały jak gotowana fasolka. Pyszna, biała, delikatna i lekko twarda fasolka o cieniutkiej skórce. Z lekko orzechową nutą ujawniającą się pod koniec degustacji. Słona woda sprawiała, że całość rozpływała się w ustach. Gdy w Luizjanie zobaczyliśmy wersję cajun, to nie trzeba nas było długo namawiać. Kupiliśmy cały worek i kolektywnie pochłonęliśmy orzeszki w mgnieniu oka pokrzykując “Ale ostre! Uh! Uh! Ale smaczne! Ho, ho!” Wersja cajun była jeszcze lepsza od wersji podstawowej – mocno pikantna z nutkami imbiru i ostrej papryki, ale tak samo delikatna i – co dziwne – zupełnie nie tłusta. Być może olej pojawia się dopiero w fazie dojrzewania orzechów?

New Orlean's beignets W Nowym Orleanie, idąc za radą Gabi, pomaszerowałam karnie do Cafe de Monde, aby spróbować słynnych beignetsów z kawą. Beignetsy podawane są tu w sporej ilości – trzy sztuki na porcję. Czworokątne, podobne odrobinę do tradycyjnych pączków, posypane są obficie cukrem pudrem i ułożone na niewielkim talerzyku. Nie wiem, czy ktoś z Was jadł kiedyś chleb tak świeży, że miękki miąższ parzył w palce i parował? Miąższ jest wtedy bardzo wilgotny, miękki i obłędnie pachnie. Takie właśnie jest wnętrze beignetsów. Dodać należy, że ciasto jest świeżutkie i ma sporo dziur środku – ktoś najwyraźniej pozwolił drożdżom wykonać ich zadanie. Zaskoczyło mnie to, że  same w sobie nie są słodkie – ciasto ma delikatny smak, i jest bielsze niż w naszych pączkach, miłym uzupełnieniem jest chrupiąca i słodka od cukru pudru skórka. Na śniadanie dla prawdziwych łasuchów w sam raz ;-).

Gumbo Jak szaleć to szaleć – następne na liście było gumbo – lokalny specjał przygotowywany z owoców morza, ryżu i mięsa.  Sposobów przygotowania gumbo jest chyba sporo, bo co fotografia, to inny – przepisów i wariacji widziałam chyba ze dwadzieścia – niestety próbowałam tylko jednej. Gumbo mogą być przyrządzane z krewetkami, małżami, wieprzowiną, kaczką, kurczakiem, ostrygami, etc.. Mogą mieć pomidory, albo nie. Mogą być w postaci gulaszu lub zupy. Jednak istnieje parę punktów wspólnych, które wszystkie gumbo powinny spełniać, choć trudno się w tym zamieszaniu połapać.  Po pierwsze, wygląda na to, że gumbo powinno mieć jako składnik ryż. Co nie zawęża grupy potraw w sposób znaczący, trzeba przyznać. Po drugie, gumbo jest gęste – do zagęszczenia używa się albo okry (niewielkich zielonych warzywek wyglądających jak małe, zielone, podłużne papryczki), albo zasmażki albo file, czyli zmielonych liści sassafras, drzew z rodziny wawrzynowatych. Wszystko wskazuje także na to, że gumbo powinno mieć lekko korzenny aromat, który uzyskuje się przez dodatek wędzonej szynki (tasso ham), kiełbasy (andouille) lub, w wersjach mocno uproszczonych, sosu Worcestershire. W moim gumbo pływały małże, krewetki i kawałki bliżej niezidentyfikowanego mięsa – być może była to właśnie wędzona szynka. Całość miała przyjemnie jałowcowy zapach i smak, była gęsta i pożywna. Znakomitym, chociaż chyba niezbyt klasycznym dodatkiem była gałka chłodnej, klasycznej i łagodnej sałatki ziemniaczanej  – zestawienie palce lizać.

Tabasco World Na koniec coś na deser. Luizjana szczyci się tym, że to właśnie tu, na Avery Island produkowany jest sos Tabasco. Mieliśmy okazję odwiedzić fabrykę i sklep i dokonać olbrzymiej ilości degustacji zakończonych zakupami. Próbowaliśmy sosów tabasco w kilku odmianach (najbardziej smakowała nam odmiana chipotle, ciemnobrązowa pachnąca ogniskiem odmiana sosu z ostrych papryczek), tabascowych pikli (lekko słodkie ogóreczki), potrawek mięsnych, tabascowej Coli i dżemów o smaku tabasco (tak!, tak!). I wiecie co? Okazuje się, że można z powodzeniem połączyć ogień z wodą, pikantne ze słodkim. Na deser możemy polecić znakomite lody z tabasco o smaku papryczek habanero. Pochłonęliśmy po dwie porcje. Zimne i słodkie, a palą :-).


Blues z Czarną Madonną w tle

20 sierpnia 2009

“Jesteś z Polski? Mamy coś z Twojego kraju. Nie powiem co, poszukaj! Jest w ostatnim pokoju.” – jedyny w Ameryce biały kapłan voodoo robił mi właśnie przyspieszony kurs z zakresu podstawowych pojęć tej religii po czym pokazał maleńkie wejście do ciasnego korytarzyka, który stanowił jedną z części historycznego muzeum voodoo w Nowym Orleanie. Właściwie muzeum mieściło się w korytarzyku i dwóch przylegających pokoikach – w sumie chyba nie więcej niż 40 metrów kwadratowych. Pokoiki ciasne, bez okien, światło przyćmione, lekko czerwone. Dziesiątki przedmiotów porozwieszanych pozornie w nieładzie:

  • lalki voodoospora drewniana rzeźba jegomościa z tuzinem niedopałków w ustach (Czy ja już tego gdzieś nie widziałam? 😉 – patrz post Święty z cygarem);
  • wielki drewniany krzyż rzeźbiony w esy floresy;
  • czaszki ludzkie w różnych rozmiarach – wyglądały na autentyczne;
  • pamiątkowa gablotka ku czci obdarzonego mocą pytona (???);
  • portrety voodoo queens (tj. królowych voodoo – tak nazywają się w Nowym Orleanie kapłanki voodoo, kapłani to doctors);
  • zdjęcia i rysunki rytuałów;
  • szczegółowy przepis na lalkę voodoo i miłość mężczyzny;
  • drewniane maski z Afryki poobwieszane kolorowymi koralikami Mardi Gras, które w czasie karnawału służą zupełnie innym, całkiem niezwiązanym z religią celom;
  • a na końcu w ostatnim pokoju obok obrazów świętych wisi sobie nasza Matka Boska Częstochowska i ze stoickim spokojem spogląda na to dziwowisko.

Ślad polski w muzeum voodoo Według zamieszczonego opisu  to, że nasza Madonna jest Czarna i  nosi na twarzy bliznę, miało duże znaczenie dla niewolników, którzy wyznawali voodoo. Kult przyniesiony tam przez żołnierzy legionów Dąbrowskiego zaczął żyć swoim życiem. Matka Boska Częstochowska stała się “loa”, Erzulie Dantor, duchem voodoo, patronką kobiet, która broni ich przed przemocą i zdradą.  Jest też patronką lesbijek, a Jej wizerunek jest silnym gris-gris, czyli przedmiotem obdarzonym silną magiczną mocą (autor opisu powołuje się na dobre udokumentowanie magicznych mocy – zgaduję, że przez zakonników z Częstochowy ;-)). Żeby zyskać Jej przychylność na Haiti składa się jej ofiary z rumu, ciastek dekorowanych biało-niebieskim lukrem, mocnych papierosów (sic!) i masy kakaowej. I znowu przypomniało mi się Chichicastenango z ofiarami z żywicy i rumu – fascynująca mieszanka religii starych i nowych. Tym razem dewocjonalia i postaci świętych wprowadzone zostały rozmyślnie, aby zmienić percepcję voodoo jako kultu szatana. Jak zgaduję zabieg się udał, bo wyznawcy voodoo, czego się dowiedziałam ze zdziwieniem, to praktykujący katolicy…  Czyżby więc i voodoo, podobnie jak zwyczaj składania ofiar z roślin i alkoholu w Gwatemali, były tolerowane lub aprobowane  przez lokalnych przedstawicieli kościoła? Byłoby to bardzo dziwne, bo w trakcie rytuałów voodoo dochodzi do trudnych do wyjaśnienia zachowań zbliżonych do opętania przez – jak twierdzą wyznawcy – duchy voodoo; czym one są, nie do końca rozumiem. Nazwiska osób prowadzących współcześnie podobne ceremonie są znane – w muzeum wiszą ich odpowiednio wystylizowane CV-ki zawierające zdjęcia, dane i historię powołania.

Voodoo skomercjonalizowane Kapłani voodoo są jednak nowocześni i znają się też na biznesie – ten, z którym rozmawiałam występował już w BBC, Discovery Channel i jeszcze kilku innych programach. I tam i w domu voodoo, (należącym  kiedyś do Marie Laveau – dziewiętnastowiecznej kapłanki z Nowego Orleanu otaczanej tu dużą czcią) można nabyć amulety mające zapewnić powodzenie w różnych obszarach życia takich jak miłość, seks i biznes. Ceny dość wygórowane, choć z drugiej strony, może $10 lub $20 to jednak niewiele za 5 ml napoju miłosnego 🙂 – w końcu nie pije się tego litrami… Można też dowiedzieć się, kim było się w poprzednim wcieleniu ($25) lub na 15 minut oddać się w ręce chiromanty ($20). Trochę mnie korciło, przyznaję, szczególnie te poprzednie wcielenia ;-), ale ostatecznie jako pamiątkę z Nowego Orleanu wybrałam płytę z bluesem w jednym ze sklepików w pobliżu.

Wszyscy grają W Nowym Orleanie widzieliśmy w zasadzie tylko Dzielnicę Francuską – jak już tam weszliśmy, to już nie chcieliśmy wychodzić. Prześliczne domki z fantazyjnymi metalowymi okuciami na balkonach, tysiące sklepików z antykami i gadżetami z poprzedniej epoki, dzisiaj uroczo niepotrzebnymi, galerie sztuki, restauracje, kluby i kawiarnie. Żałowaliśmy bardzo, że nie możemy dłużej posłuchać fantastycznej muzyki granej na żywo przez ciemnoskórych artystów wieczorem w klubach na Bourbon Street. Cały Nowy Orlean tchnie czymś dawno już nieistniejącym, ale jednocześnie nie jest wymarłym miastem-muzeum, ale tętni życiem, zaskakuje, jest trochę staroświecki, trochę zwariowany, trochę zepsuty i bardzo wyluzowany (przydomek Nowego Orleanu to “Big Easy”, a więc właśnie Wielce Wyluzowany). Więc plan jest taki, że jak się uda, to kiedyś tu wrócimy na trochę dłużej. Tym razem bez dzieci.

 

Galeria wkrótce. Gotowe. Zapraszamy do galerii!