Na dachu i pod dachem, czyli jak pokonaliśmy Nos Diabła

5 lipca 2009

Pocztówka ze starym pociągiem Alausi, niewielka miejscowość w centralnych górach Ekwadoru (wysokość 2300 m n.p.m.) słynie między innymi z kolei przechodzącej tutaj przez Nos Diabła (strome zbocze skalne wyglądające z boku właśnie jak nos). Niegdyś duma inżynierii Ekwadoru, długa na ponad 400 km kolej wznosiła się od południowego wybrzeża aż na maksymalną wysokość 3600 m n.p.m. pokonując liczne przełęcze i wzniesienia. Niestety obecnie kolej podupadła i jest dostępna tylko w kilku turystycznych fragmentach. A szkoda, bo scenerie są – jak się łatwo domyślić – przepiękne. Jednym z najbardziej spektakularnych miejsc pozostaje właśnie Nos Diabła (Devil’s Nose lub w oryginale La Nariz del Diablo). Kolej z Alausi musi zjechać kilkaset metrów w dół do Sibambe pokonując dolinę dość rwącej rzeki i bardzo strome, skaliste wzniesienie. W zasadzie niemal pionową ścianę.

Stacja w Sibambe widziana z góryInżynierowie poradzili sobie z tym problemem w bardzo sprytny sposób budując szereg zwrotnic, które pozwalają zygzakiem pokonać wzniesienie w poprzek poruszając się do tyłu i do przodu (historyczna pocztówka powyżej). Na zawracanie oczywiście nie ma tam absolutnie miejsca. Pociąg więc jedzie w przód, potem w tył, a potem znów w przód, a pomocnik maszynisty zmienia zwrotnice. Na dole, wychylając się z okna, cały czas widać stację kolejową do której zmierzamy. Widać ją tak na oko jakieś 200 m niżej – prawie pionowo. Wygląda to naprawdę groźnie (zdjęcie obok). Potem już na dole następuje zawracanie ze pomocą sprytnego bocznego toru (na pełną pętlę znów nie ma miejsca) i cała wycieczka wraca z powrotem zygzakiem i pięknymi okolicami do Alausi. Wiem, wiem przynudzam trochę z tą koleją, ale mój dziadek był zawiadowcą stacji i od małego jeździłem lokomotywami, a jedną z pierwszych moich książek było “Kiedy i ty zostaniesz kolejarzem” – moja ciekawość techniką kolejową jest więc uzasadniona, aczkolwiek Beata pod koniec jazdy przysypiała, zaś moje zainteresowanie zwrotnicami i torami zupełnie ją jakoś nie przejęło :-).

Tak się kiedyś jeździło Wg przewodnika całą jazdę można odbyć na dachu pociągu i na to się właśnie nastawiliśmy rano, gdy już udało się zdobyć bilety (kolejka przed kasą od siódmej). Włożyliśmy bluzy i swetry przekonani, że zmarzniemy i niemal (za radą przewodnika) wzięliśmy poduszki pod cztery litery. W naszym hotelu pooglądaliśmy historyczne zdjęcia na ścianach, na których wesołe towarzystwo w czapkach szczerzy uśmiechy do kamery siedząc kupą na dachu (obok). Podobne zdjęcia były na stacji kolejowej, gdzie zakupiliśmy ładne pocztówki z pociągiem na Nosie Diabła. Okazało się jednak, że kolej ekwadorska zmieniła parę lat temu formułę wycieczki (podobno były jakieś wypadki, ale sądzę, że to znów względy ekonomiczne) i zamiast sporego pociągu z dachem przygotowanym na wesołych podróżników przyjechał mały, spalinowy wagon (wielkości autobusu) z wygodnymi, numerowanymi siedzeniami. O wchodzeniu na dach nie było nawet mowy – widoki obserwowaliśmy przez okna. Dzieci były trochę zawiedzione, bo jazda na dachu pociągu miała być frajdą sezonu. No ale i tak było bardzo fajnie, a widoczki (i zwrotnice) przecudne. Zapraszamy do galerii oraz na filmik:


Z dołu do góry, z góry na dół

29 czerwca 2009

Przymierze na początku drogi Jeszcze będąc w Quito w kultowym  South American Explorers Club nabyliśmy książkę Trekking w Ekwadorze, zrobiliśmy kilka zdjęć udostępnionym nam mapom i postanowiliśmy spędzić kilka dni w górach. W tym celu odwiedziliśmy kilka sklepów turystycznych i nabyliśmy nabój do kuchenki turystycznej oraz trochę suchego prowiantu opłakując przy okazji nasz namiot, który teraz niewątpliwie bardzo by się nam przydał, bo infrastruktura turystyczna w Ekwadorze mizerna. Jak to bywa z górami, dostać się tam niełatwo – jechaliśmy cały dzień i jeszcze trochę głównie ze względu na średnio sprzyjający rozkład autobusów i jakość dróg szutrowych – po raz kolejny musieliśmy zweryfikować swoje wyobrażenia dotyczące czasu, jaki należy poświęcić na pokonanie stu kilkudziesięciu kilometrów.

Za to już z autobusu zobaczyliśmy w promieniach zachodzącego słońca Chimborazo – wygasły, pokryty śniegiem wulkan i zarazem najwyższy szczyt Ekwadoru. Potem była  jeszcze zapierająca dech podwójna tęcza w Isinlivi. Takiego światła nie widziałam chyba nigdy wcześniej – i to wszystko zanim jeszcze zaczęliśmy naszą wędrówkę.

Laguna Quilotoa Następne trzy dni spędziliśmy dość intensywnie. Trochę strome nam się wydały te Andy :-), chociaż byliśmy w niższej ich części, bo tak na poważnie to się chyba dopiero w Peru zaczynają. Jak to w górach, aby gdzieś dojść, należy najpierw zejść, a potem wejść, (ewentualnie odwrotnie), ale nie jest to jednak tutaj takie proste. Powietrze jest bardzo czyste, co sprzyja błędnej ocenie odległości, ścieżki są wąskie, nieoznakowane i używane głównie przez miejscowych, a różnice wysokości względnej duże, bo góry pocięte są bardzo gęsto wąwozami. Więc jak już raz nie zeszliśmy do właściwego wąwozu, to przy takim ukształtowaniu terenu oznaczało to spore nadłożenie drogi. Wszyscy spotkani życzliwie pokazywali nam drogę – niekiedy udawało nam się z tych wskazówek skorzystać, a niekiedy wspominanych ścieżynek nie można było znaleźć. Ostatecznie jednak po dwóch dniach i 25 km marszu w górę i w dół (czyli zgodnie z planem) doszliśmy do krateru z turkusowym jeziorkiem (3800 m n.p.m.), nad którym upichciliśmy najlepsze danie tego trekkingu – owsiankę z czekoladą. Podczas tej operacji owce mało nas nie zadeptały, nie zważając na nasze dzieci, które machały wiechciami zerwanej trawki zachęcająco wykrzykując: “Almuerzo! Almuerzo!” (Obiad! Obiad!). Było pięknie, ale było też naprawdę zimno. W tej okolicy temperatury wahają się między 6 a 12 stopni, w nocy było jeszcze gorzej. Ponieważ Quilotoa położona jest na grzbiecie górskim, wiało także niezgorzej. Wieczorem więc po obfitej kolacyjce serwowanej w naszym hostelu rozpalaliśmy kozę w pokoju, a rano biliśmy rekordy w ubieraniu się na czas.

Było tak jak miało być: surowo, zimno i pięknie. Zapraszamy do nowych galerii (z gór i jeszcze z Quito).