No i dolecieliśmy. Wietnam. Kolejny kraj, kolejne wrażenia. Nie będziemy ukrywać, że dla nas to już nie pierwszyzna ;-), więc z przewodnikiem Lonely Planet w ręku i z głową na karku musimy sobie jakoś dać radę. Chyba nam jakoś wychodzi, bo cała czwórka jest zadowolona, a dzieciaki już są tak przyzwyczajone do przemieszczania się i spania prawie każdą noc w innym łóżku, że teraz żaden wyjazd im nie straszny. Już rano na lotnisku wykonaliśmy zręczny manewr flankowy (zupełnie jak Jaskier) i omijając taksówki z podrasowanymi licznikami (bijącymi podobno cztery razy szybciej niż powinny) udaliśmy się na miejski autobus do centrum Ho Chi Minh City, czyli dawnego Sajgonu. Autobus przebijał się mozolnie przez chmary motorowerków, skuterków, taksówek, rowerów i ryksz, a my ucinaliśmy sobie pogawędki z francuzami wracającymi właśnie z północy. Zasięgnąwszy wcześniej języka w sieci i wśród turystów wiedzieliśmy mniej więcej jakich cen w hotelach należy się spodziewać i jak się targować. Udało nam się trafić do przyjemnego, rodzinnego hoteliku z dużym TV, gdzie leciało Animal Planet na okrągło. W Bangkoku już próbowaliśmy sajgonek (czyli spring rolls), więc teraz również menu obiadowe wydawało się być ustalone ku kolejnej radości najmłodszych pożeraczy (o tym jednak będzie pisała Beata, więc nie uprzedzam).
Ho Chi Minh City (czyli dawniej Sajgon, stolica południowego Wietnamu) zaskoczył nas jednak pozytywnie – jeszcze bardziej, niż się spodziewaliśmy. Miasto jest czyste (jak na warunki azjatyckie), nie aż tak zatłoczone jak taki na przykład Bangkok, ale przede wszystkim daleko lepiej rozplanowane. Aleje pełne drzew przechodzą w szerokie bulwary i spotykają się na rondach, dość kulturalne sklepy nie wychodzą na ulicę, czy chodnik (jak w Birmie), katedra Notre Dame przypomina o Europie, autobusy miejskie są bardzo cywilizowane, wszystko jest oznaczone normalnym alfabetem i bardzo często po francusku i po angielsku. Słowem: widać wpływy europejskie i tą francuską rękę (choć obecnie historycznie już odległą). Nie jest to tak wyraźne, jak w niektórych miastach Ameryki Środkowej, gdzie Hiszpanie zrobili wszystko od podstaw sami dla siebie. Tutaj widać to pomieszanie i ten lekki azjatycki chaos (szczególnie na ulicach pełnych skuterów), ale daleko mniej, niż w takim na przykład Bangkoku. Słowem podoba nam się! Może to też dlatego, że wcześniej spędziliśmy 3 tygodnie w Birmie – kraju co by nie mówić mniej rozwiniętym, a może dlatego, że podświadomie cieszymy się widząc socjalistyczne flagi obok zupełnie normalnych, kapitalistycznych sklepów. 🙂
Odwiedziliśmy (rotacyjnie, bez dzieci) muzeum Wojny Amerykańskiej. Wojna Wietnamska, albo Północno-Wietnamska jest tu określana dobitnie jako Wojna Amerykańska. Zresztą ślady tej wojny jeszcze można spotkać, choć głównie w postaci wycieczek dla turystów oraz wszelkiego rodzaju pamiątek łącznie z oryginalnym amerykańskim osprzętem żołnierzy (noże, manierki, kompasy, lornetki). Dla wielbicieli militariów rewelacja. Dla pacyfistów – naprawdę ciężkie przeżycie, bo choć muzeum jest nieco propagandowe (w znaczeniu: antyamerykańskie), to pokazuje naprawdę przerażające zdjęcia. Na szczęście na piętrze jest też świetna wystawa fotografii reporterów wojennych – już nie propagandowa, a pokazująca prawdziwy, ludzki obraz wojny. I to na doskonałych zdjęciach. Dla zwolenników militariów polecamy też przejażdżkę rowerem po wioskach i polach ryżowych w okolicy strefy zdemilitaryzowanej. Jest marzec, a my po godzinie byliśmy cali mokrzy od potu i pochłanialiśmy wodę litrami. Naprawdę nie wiem, jak żołnierze sobie tu radzili jeszcze z całym dobytkiem na plecach. Upał niemiłosierny!
Wracając do wojny i tego, co ona robi z losami ludzkimi, to taka historyjka usłyszana jeszcze w Australii od spotkanego w Canberze weterana (Australijczycy też brali aktywny udział w wojnie): Facet stacjonował właśnie w Sajgonie i poznał tam Wietnamkę, z którą się ożenił i która zaszła w ciążę. Pomagał dostarczać materiały na stacjonujący w porcie niemiecki statek-szpital (Niemcy mieli zabronione wysyłanie swoich sił zbrojnych, więc udzielali się w ten sposób) i miał tam zdaje się jakieś dobre układy. Gdy zbliżał się okres porodu Niemcy zaprosili go z żoną, aby rodziła na statku pod opieką lekarzy. Akurat jednak w tych dniach rozpoczęło się bombardowanie Sajgonu i statek jak stał, musiał szybko ewakuować się na wody międzynarodowe. Tam, na Niemieckim statku znajdującym sie na wodach międzynarodowych, wietnamska żona naszego Australijczyka urodziła dziecko, które od razu w papierach dostało obywatelstwo niemieckie. 🙂 Australijczyk, z żoną i dziećmi mieszka w Adelajdzie, a jego syn (formalnie Niemiec) pracuje w Canberze w ambasadzie Wietnamskiej.
Zapraszamy do galerii z Ho Chi Minh City (Sajgonu).
Opublikował/a Blazej Kotelko
Z Inle Lake jechaliśmy do Bago (planowo 16 godzin jazdy autokarem), aby stamtąd przedostać się do
O pierwszej trzydzieści siedzieliśmy na ciężarówce jakieś 3 metry nad ziemią, a z nami siedziało pewnie z pięćdziesięciu Birmańczyków. Ruszyliśmy, a nasi towarzysze rozpoczęli modły – w końcu udawaliśmy się do miejsca świętego. “O cholera!” wyrwało mi się niechcący pośród otaczających mnie buddyjskich recytacji, kiedy wierzgnięcie silnika prawie sprowadziło mnie do parteru. Balansowaliśmy na belkach szerokości około 10 centymetrów usiłując upchnąć nasze za długie, jak się okazuje, nogi między naszą beleczkę, beleczkę przed nami (odległą jakieś 30 cm), a kończyny sąsiadów liczne niczym odnóża stonogi. (Zdjęcie obok zostało zrobione, gdy paka nie była jeszcze pełna – kierowca i jego pomocnik czekają, aż zgromadzi się odpowiednia grupa pasażerów – potem następują przegrupowania i dopchnięcia, dwóch odważnych wskakuje na dach szoferki i jazda!). Modły skończyły się jednak szybko i dalsza podróż pod górkę krętą stromizną przebiegała już w nastrojach jak z wesołego miasteczka, bo kierowca był w dobrym humorze i wyprzedzał wszystkie ciężarówki po drodze. Birmańczycy chichotali, szczerzyli do nas czerwone od betelu zęby, piszczeli na zakrętach i dopingowali kierowcę. Różnice międzykulturowe i ekonomiczne były doskonale widoczne. U nas każdy podróżny ma własne miejsce, pas, poduszkę powietrzną (albo i dwie), pojemnik na kawę i lusterko. Tutaj ma latającą na wszystkie strony beleczkę, ale też mrowie sąsiadów, ich ramiona, nogi i boki stanowiące oparcie i trzymadełko zarazem. Nie wspomnę o wiezionych wiechciach i bagażach, które także mogą w sytuacji podbramkowej ochronić jadącego przed siniakiem. Na początku podążając za wyuczonymi wzorcami i ignorując zupełnie fakt, iż pani z ławeczki przed nami praktycznie siedzi mi na kolanach, usiłowałam znaleźć przede mną kawałek belki, której mogłabym się uchwycić. Od czasu do czasu chwytałam za ławeczkę, a od czasu do czasu za siedzenie sąsiadki z przodu. Rzucało zdrowo, więc jak już się chwyciłam za to, co chciałam, to dla odmiany na jakimś wyboju sąsiadka spadała mi z plaśnięciem na moją rękę. W Polsce by mnie oskarżono o molestowanie, a tu nikt się moimi poszukiwaniami kawałka ławeczki specjalnie nie przejął.
Zajechaliśmy do podnóża słynnej góry i rozpoczęliśmy wędrówkę szlakiem pielgrzymim dochodząc do wniosku, że buddyści mają chyba ciężej. Droga była dość stroma, wspinaliśmy się wraz z innymi pielgrzymami mijając sklepiki z napojami, chatki z folii i umorusane dzieci. Stanowczo odmówiliśmy bycia wniesionym na szczyt w lektykach (wszyscy), oraz w bambusowym koszu (Bernaś), pomimo zachęt, że “baby” ( Bernaś) zostanie wzniesione gratis. Jakoś nie podobały nam się specjalnie te wielkopańskie pomysły i uznaliśmy, że niehonorowo jest nie wdrapać się na górę samodzielnie. Za to nieco później zaobserwowaliśmy z mieszanymi uczuciami całą wycieczkę (chyba japońską) niesioną właśnie w ten sposób. Najwięcej kontrowersji wzbudziła dziewczyna w lektyce ze słuchawkami od iPoda w uszach i książką przed nosem. Pełen odlot.
Na szczycie wyłożony marmurem plac błyszczał w słońcu. Stupa migotała, cała pokryta listkami złota wcieranymi przez pielgrzymów. (Wcieranie to rzecz męska – kobiety ani wcierać ani podchodzić bliżej nie mogą, więc stałyśmy sobie z Isią grzecznie z sandałami w rękach obserwując, jak uprawnieni członkowie naszej rodziny idą obejrzeć cud z bliska.) Podobnie jak nad Bagan powietrze było zamglone, barwy złamane i trochę nierzeczywiste. W drodze powrotnej jechało się już spokojniej. Dla równowagi trzymałam się ramion pasażera przede mną (podobnie jak moja sąsiadka) w przerwie dyskutując z Isią na temat najlepszych technik łapania równowagi i wypatrując kolejnych zakrętów pomiędzy plecami dwóch Birmańczyków siedzących na dachu. Było już chłodniej. Wiatr chłodził przyjemnie twarz i rozwiewał włosy. Nad wzgórzami porośniętymi gęstą dżunglą właśnie zachodziło słońce.
Po raz kolejny przekonaliśmy się, że czas potrafi płatać niespodzianki. Czasem przyjemne. Tym razem spłatał nam taką, że we wtorek 16-go lutego w hoteliku Bright w Nyaugshwe nad
Z wielką radością rzuciliśmy się wszyscy w czwórkę na kolorowe czasopismo w rodzimym języku. Doznaliśmy jednak pewnego małego szoku (a przynajmniej my, dorośli). Po wielomiesięcznym oderwaniu od ojczyzny oraz kolorowej prasy dowiedzieliśmy się bowiem, że Donald Tusk wybronił się przed komisją (jaką komisją?) afery hazardowej (jakiej afery, o co chodzi?), że na Ukrainie wybory w niedzielę (kto wygrał, bo tego jeszcze nie było?), a jedna z bojowniczek na zdjęciu prezentuje z dumą torebkę od Louis Vuitton (zapewne podróbkę) oraz, że teraz w modzie są iPady i każdy szanujący się gadżeciarz musi takiego mieć. Również że Jeff Bridges śpiewa niezłego bluesa, a Niedźwiecki wrócił do Trójki, że trwa olimpiada zimowa w Vancouver i mamy szanse na medale, że super trendy są teraz telefony komórkowe z baterią słoneczną (bo to ekologiczne), że Sade wydała nową płytę, a Machulski zrobił komedię o wampirach, że na walentynki kupuje się teraz “tiulowe stringi z satynowymi tasiemkami wiązanymi na biodrach, zapakowane w zmysłową czarną torebkę z organzy, ozdobioną sercem z napisem Just for You” (niestety nie podali ceny za ten rarytas) oraz “butelkę porto z jabłkami miłości w ekskluzywnym opakowaniu” (za jedyne 209 zł), że w Warszawie wszędzie śmierdzi kebabem, a we Wrocławiu (a może już w Breslau?) trwa wojna folksdojczów z kołtunami o przywrócenie niemieckich nazw ulic, że kobiety kochają koncepcyjne Volvo YCC (bo łatwo się wsiada), a Renault wprowadza niedługo model z klimatyzacją nawilżająca skórę oraz rozpylającą we wnętrzu auta wonne olejki, żeby paniom było przyjemniej prowadzić w korkach miejskich oraz, że w ostatnich Wysokich Obcasach jest o kobietach wyzwalających się z okowów seksistowskiej męskiej pornografii, za pomocą pornografii kobiecej.
Zaraz po lekturze zwiedzaliśmy wioski i osiedla nad jeziorem Inle. Najpierw na rowerach, a potem łodzią. Widzieliśmy panie piorące w kanale i myjące się w kanale, widzieliśmy dzieci wracające na dużo za dużych rowerach ze szkoły, ale też dzieci zaganiające bydło do zagrody, oraz pomagające rodzicom w sprzedawaniu owoców. Widzieliśmy panie myjące naczynia w kanale, gdzie obok wielkie bawoły wodne baraszkowały chlupocząc. Widzieliśmy łodzie wyładowane po niebo pomidorami na targ, widzieliśmy mnichów proszących o jałmużnę, widzieliśmy rybaków ręcznie łowiących ryby za pomocą dziwnej siatki i dzidy oraz ich żony ręcznie tkające jedwabne szale dla turystów. Widzieliśmy łodzie przewożące z 15 osób i kupę worków z towarem i takie same łodzie z samotnymi turystkami w jedwabnych chustach na szyi zmierzającymi do swoich eleganckich hoteli.
Dwa światy. Jeden pełen zbytków i tracenia czasu na byle co oraz drugi skoncentrowany na zarobieniu na ryż (dosłownie). Całe szczęście, że Bernard wyczytał w rzeczonym Newsweeku, że zmierza do nas asteroida