“Birma dla opornych”

Pozostawiając nieco na boku dyskusje o świątyniach i zabytkach warto napisać parę praktycznych słów o tym ciekawym kraju i ludziach tu żyjących. Kwestią otwartą jest również to, czy powinno się w ogóle do Birmy jeździć ze względu łamanie praw człowieka przez juntę oraz na apel przetrzymywanej w areszcie domowym liderki opozycji Aung San Suu Kyi. Pozostawiamy to do rozważenia przez każdego przyszłego turystę, a skupiamy się na spostrzeżeniach praktycznych:

Ulica Khao San w Bangkoku (Tajlandia) Po pierwsze trzeba mieć wizę, która można wyrobić przed wyjazdem w dowolnej ambasadzie Związku Myanmar. Tradycyjny sposób, to robienie tego w Bangkoku, który i tak jest portem przesiadkowym. Taki też był i nasz plan, ale udało się zrobić wizy jeszcze będąc w Australii (ambasada w Canberze okazała się bardzo chętna do pomocy i wizy mieliśmy już na drugi dzień). Zdaje się, że jest też ambasada w Berlinie i podobno można je jakoś zrobić online, ale jak to działa nie jestem pewien. Jeśli jednak decydujesz się na Bangkok, to mając kilka dni zapasu wizę robimy zlecając to dowolnej firmie turystycznej. Na Khao San Road firm takich są dziesiątki. Jeżdżenie bowiem samemu do ambasady nie ma sensu, gdy można popijać piwko w kafejce lub rozkoszować się tajskim masażem. 😉

Ulica Bogyoke w Yangon (Birma)Co do przekraczania granicy, to istniejące przejścia lądowe w praktyce się nie liczą, gdyż turysta często musi i tak dalej przedostać się do Yangon samolotem. Nie wszystkie części kraju są bowiem dostępne dla turystów (a nawet dla mieszkańców). Należy więc przylecieć grzecznie lotem z Bangkoku, gdzie zresztą można bez problemu zakupić bilet lotniczy (oczywiście również na Khao San Road). Bilet można też zakupić online (płacąc karta kredytową) i to najlepiej odpowiednio wcześniej – my skorzystaliśmy z dobrej oferty firmy AirAsia (taniego przewoźnika obsługującego tą część świata). Firmę możemy polecić, gdyż wszystko odbyło się sprawnie i bez problemów, a odbyliśmy już w sumie trzy loty.

.

Eleganckie dolary Dalej istnieje kwestia pieniędzy. W Birmie nie ma bowiem bankomatów. Nie ma i już. Nie ma też kantorów wymiany walut, ani sensownych banków. Jest za to czarny rynek, czyli “change many?” (po naszemu “czeńdżmany?”). 🙂 Jedyną walutą, którą warto wwieźć, to dolary amerykańskie (teoretycznie można gdzieniegdzie też wymienić Euro). Co śmieszniejsze, dolary te muszą być bez skazy i najlepiej w dużych nominałach. Już w Australii próbowałem zakupić dolary amerykańskie na ten cel, ale gdy nieczujnie w banku przyznałem dokąd się wybieramy, to niestety grzecznie przeprosili i powiedzieli, że mi waluty sprzedać nie mogą. Obowiązują ich bowiem sankcje i sama wzmianka o tym, że jadę do Myanmar powoduje, że nie mogę kupić USD. Została nam więc Tajlandia, gdzie sankcjami już się nikt tak nie przejmuje. Przed wyjazdem z Bangkoku do Birmy musieliśmy się więc zaopatrzyć w zapas dolarów amerykańskich w nieskazitelnych setkach. Pierwsze moje kroki skierowałem do banku, gdzie okazało się jednak, że ze względów bezpieczeństwa wszystkie dolary sprzedawane turystom są stemplowane i w Birmie nie przejdą. Trzeba było więc poszukać kantoru wymiany (tych na szczęście na Khao San Road są również setki), który miałby odpowiedni zapas ładnych banknotów. Po kilku nieudanych próbach udało mi się zakupić nowiutką walutę w setkach, które wyglądały jak prosto z drukarni. Opakowaliśmy je starannie aby się nie pogięły i z duszą na ramieniu (dotychczas bowiem posługiwaliśmy się bowiem głównie elektronicznymi formami płatności oraz bankomatami i tak dużej gotówki na raz nie przewoziliśmy) ruszyliśmy na lotnisko.

Kyaty prosto z czarnego rynku W Birmie wszystkie oficjalne miejsca (państwowe banki czy punkty wymiany) wymieniają dolary na kyaty (lokalną walutę) po bardzo niekorzystnym kursie. Należy więc udać się na czarny rynek, czyli na targ Bogyoke w Yangon, gdzie za dolara płacą 1000 kyatów (na lotnisku w kantorze tylko 450 kyatów, a oficjalny, bankowy kurs to podobno coś koło 7 kyatów!). Ponieważ najwyższym występującym banknotem jest właśnie 1000 kyatów (w praktyce równowartość dolara), to możecie sobie wyobrazić ile miejsca zajmuje i ile waży gotówka, z którą musimy potem jeździć po kraju. Zabawne, prawda? My wymieniliśmy tylko część licząc, że w innym miastach też będzie można wymieniać (i rzeczywiście można, choć po nieco gorszym kursie). Dreszczyku emocji dodaje jeszcze to, że wwożąc powyżej 2000 USD na osobę trzeba złożyć deklarację celną, a dolary wymienić na FEC (czyli po naszemu bony walutowe). Niezależnemu turyście rzuca się więc kłody pod nogi, nie ma co. Na szczęście kraj jest tani, więc 2000 USD na osobę starcza naprawdę na długo, a ponieważ wizy dają na maksymalnie 28 dni, to strachu nie ma.

Taksówkarz w swojej Maździnce W całym kraju za usługi płacimy w kyatach, choć można też czasem w dolarach (ale raczej trzeba mieć odpowiednie drobne). Jeśli więc z taksówkarzem stargujesz się na 5 dolarów, możesz mu dać 5000 kyatów lub banknot pięciodolarowy. Najczęściej to tak działa, choć w muzeach już stosują niekorzystne rządowe przeliczniki, więc lepiej zapłacić dolarami (czyli trzeba je też mieć, a nie wymieniać wszystkiego na kyaty od razu). Niestety, bo te dolary oczywiście zasilają państwową kasę junty generalskiej – staraliśmy się więc wybierać takie atrakcje i takie firmy, które są prywatne i nie mają nic wspólnego z generałami. No i dodatkowo należy się targować i targować się można. Trzeba jednak być czujnym na naciągaczy, choć generalnie tylko kilka razy zdarzyło nam się, że ktoś próbował nas jawnie naciągnąć i oferował o dużo za wysoką cenę. Przestępczości specjalnie nie widać, więc mimo sporej gotówki przechowywanej w różnych częściach garderoby i bagażu poruszaliśmy się po kraju pewnie.

Autobus miejski w Mandalay Co do poruszania się, to śledząc nasze relacje można było zauważyć, że autobusy i dziwne taksówki królują. Obowiązuje ruch prawostronny, ale ze względu na bliskość rynku aut z Japonii, Tajlandii i diabli wiedząc skąd, po kraju jeździ mniej więcej 50:50 pojazdów z lewą i prawa kierownicą. Oba rodzaje są legalne i dozwolone! Legalnością i stanem technicznym nikt tu się zresztą nie przejmuje, bo stan techniczny samochodów jest koszmarny. Czasami po prostu trudno mówić o stanie technicznym, bardziej o stanie przerdzewienia i rozwalenia ;-). Taksówki nie mają szyb, tapicerki, i klamek, ale za to dziury w podłodze, gigantyczny zbiornik LPG oraz obowiązkowe parę belek w bagażniku (chyba w charakterze hamulca ręcznego). Za to musowo działa silnik i klakson. To są najważniejsze elementy pojazdu. 🙂

Punkt poboru podatku od zagranicznych turystów Autobusy międzymiastowe są nieco lepsze, ale tylko niektóre firmy mają sensowne autobusy klasy naszych PKS-ów krótkodystansowych. Reszta to ciasne pojazdy, które przypomniały nam czasy Ameryki Środkowej z jej chickenbusami (nie da się ukryć, że bardziej uroczymi). Drogi są w kiepskim stanie i czasami szutrowe, więc jedzie się długo. Istnieją połączenia kolejowe, ale w praktyce mowa tylko o trasie Yangon – Mandalay, bo reszta to czasy jeszcze dłuższe niż autobus. Bilety na autobus kupujemy grzecznie w hotelu, albo na stacji (przy czym w Yangon to oznacza kupowanie w przedstawicielstwach firm, bo sam dworzec jest daleko). Loty są więc na pewno lepszą opcją (choć droższą), a ponieważ jest kilka prywatnych firm, to nie jest źle. A! I jeszcze jedna ciekawostka. Jeżdżąc po kraju autobusem co i rusz napotykamy punkty kontroli “granicznej”. Chyba chodzi o granice stanów, ale sprawa brana jest poważnie. Czasami turyści proszeni są o wysiadkę (nawet  nocy) i muszą przejść przez specjalne bramki (przy czym dla obcokrajowców są osobne stoliczki), czasem oficjel wchodzi do autobusu i rzucając okiem na podróżnych prosi zachodnich turystów o paszporty. Czasami autobus musi powoli przejechać przez szykany z podestami po obu stronach (dla żołnierzy i urzędników), więc każdy pasażer jest dokładnie obserwowany z góry przez okna. Mysz się nie przeciśnie! A no i czasem niestety turyści są proszeni o wniesienie “opłaty turystycznej”, czyli myta za wjazd na dany teren. Tak jest na przykład w Bagan, czy pod Złota Skałą. Nie ma wyjścia – trzeba płacić.

Stoisko z pirackimi płytami DVD z Chin Na koniec refleksja taka: w Birmie blokowany jest Internet, nie ma dostaw prądu przez większą część dnia, a towary z zachodu są niedostępne ze względu na sankcje gospodarcze. Jednak koledzy w kafejkach internetowych robią co mogą (tu więcej na ten temat) i korzystają z zachodniej poczty oraz wyszukiwarek. Birmańczycy radzą sobie również z brakiem prądu – oczywiście generatorami, których ryk dominuje na ulicach, przed sklepami i restauracjami. Trzeba przyznać, że ta jedna drobna przeszkoda naprawdę poważnie zatruwa mieszkańcom życie – i o tym nie raz wspominali (generałowie bowiem prąd mają w swojej nowej stolicy 24h/dobę). Tak jak i u nas, życie bez światła, telewizji, czy wentylatorów jest wieczorami naprawdę trudne. Co do sankcji towarów z zachodu, to na ulicach i w sklepach dostępne jest wszystko: kosmetyki zachodnie, Coca-Cola z Malezji, pirackie DVD z Chin, kserowane książki angielskojęzyczne, ciuchy znanych marek. Część to pewnie podróbki, ale część robiona jest na miejscu na eksport – najbardziej elegancki dowód mieliśmy kupując w sklepie z odzieżą w Rangun nowiutką, zapakowaną koszulę jednej z polskich znanych marek (pominiemy nazwę) z metką po polsku i ceną 69 zł, przy czym koszula kosztowała 5 dolarów. Kapitalizm i demokracja wchodzą do Birmy tylnymi drzwiami: przez stragany, sklepy, odtwarzacze DVD, anteny satelitarne i kafejki internetowe. Wchodzą powoli, powoli, ale jednak. I nic, naszym zdaniem, nie jest w stanie ich powstrzymać.

7 Responses to “Birma dla opornych”

  1. Ania&Andrzej Dziuba pisze:

    Prawie jak za starych dobrych czasów w Polsce, ciekawe tylko kiedy oni dojdą do ładu. No bo kiedyś powinni, prawda?
    Pozdrowionka dla całej ekipy!!!

  2. Aldek pisze:

    20-ty stopień zasilania, 1USD/72PLN, to i tak Generałowie radzą sobie lepiej od byłego naszego Generała. Myślę, że 20 – 30 lat i Birma będzie nowym tygrysem Azji, czego im życzę.
    Pozdrawiam całą wytrwałą gromadkę.

  3. Kasia pisze:

    Czy przypadkiem nie powinno tam byc, ze $200 na osobe, bo jakos $2000 to mi troche za duzo wychodzi, sredni budzet dzienny na osobe to $20, co do drobnych to trzeba bylo powiedziec w Australii, ze jedziecie do Kambodzy, tam tez przyjmuja nominaly tylko bez skazy

  4. Kasia pisze:

    To i tak mysle, ze to suma przeogromna do zadeklarowania no bo to przeciez pewno jakis roczny zarobek kilku wiosek do kupy wzietych,

  5. uim pisze:

    Czesc,a ja mam pytanie z innej beczki…czy jestes w stanie nam powiedziec jak tam jest z wypozyczaniem lub ewentualnym zakupem motocykla przez turyste?no i czy ma to sens??pozdrawiam.

    • Z zakupem nie powinno być problemu. Sklepików i warsztacików tam dostatek. Wypożyczalnie widziałem (chyba) tylko w Bagan, a w innych miejscach raczej nie. Ale może nie patrzyłem dobrze. Natomiast z papierami na ewentualne jeżdżenie może być problem. Przy granicach stanów (okręgów) wszędzie są kontrole wojskowe, więc nie wiem, czy jakiegoś dowodu rejestracyjnego nie będą chcieli, jeśli zakupisz sobie po prostu skuter. Jeśli chcesz sobie zakupić skuter, żeby tanio, długo jeździć po Birmie to pewnie ma to sens. Wywożenie może być niemożliwe.

      Tutaj jest (sprzed kilku lat) relacja mówiąca, że słabo, ale da radę:
      http://www.motorcycle-usa.com/284/1407/Motorcycle-Article/Dr-Frazier-Rides-Through-Burma.aspx

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: