Na dachu i pod dachem, czyli jak pokonaliśmy Nos Diabła

5 lipca 2009

Pocztówka ze starym pociągiem Alausi, niewielka miejscowość w centralnych górach Ekwadoru (wysokość 2300 m n.p.m.) słynie między innymi z kolei przechodzącej tutaj przez Nos Diabła (strome zbocze skalne wyglądające z boku właśnie jak nos). Niegdyś duma inżynierii Ekwadoru, długa na ponad 400 km kolej wznosiła się od południowego wybrzeża aż na maksymalną wysokość 3600 m n.p.m. pokonując liczne przełęcze i wzniesienia. Niestety obecnie kolej podupadła i jest dostępna tylko w kilku turystycznych fragmentach. A szkoda, bo scenerie są – jak się łatwo domyślić – przepiękne. Jednym z najbardziej spektakularnych miejsc pozostaje właśnie Nos Diabła (Devil’s Nose lub w oryginale La Nariz del Diablo). Kolej z Alausi musi zjechać kilkaset metrów w dół do Sibambe pokonując dolinę dość rwącej rzeki i bardzo strome, skaliste wzniesienie. W zasadzie niemal pionową ścianę.

Stacja w Sibambe widziana z góryInżynierowie poradzili sobie z tym problemem w bardzo sprytny sposób budując szereg zwrotnic, które pozwalają zygzakiem pokonać wzniesienie w poprzek poruszając się do tyłu i do przodu (historyczna pocztówka powyżej). Na zawracanie oczywiście nie ma tam absolutnie miejsca. Pociąg więc jedzie w przód, potem w tył, a potem znów w przód, a pomocnik maszynisty zmienia zwrotnice. Na dole, wychylając się z okna, cały czas widać stację kolejową do której zmierzamy. Widać ją tak na oko jakieś 200 m niżej – prawie pionowo. Wygląda to naprawdę groźnie (zdjęcie obok). Potem już na dole następuje zawracanie ze pomocą sprytnego bocznego toru (na pełną pętlę znów nie ma miejsca) i cała wycieczka wraca z powrotem zygzakiem i pięknymi okolicami do Alausi. Wiem, wiem przynudzam trochę z tą koleją, ale mój dziadek był zawiadowcą stacji i od małego jeździłem lokomotywami, a jedną z pierwszych moich książek było “Kiedy i ty zostaniesz kolejarzem” – moja ciekawość techniką kolejową jest więc uzasadniona, aczkolwiek Beata pod koniec jazdy przysypiała, zaś moje zainteresowanie zwrotnicami i torami zupełnie ją jakoś nie przejęło :-).

Tak się kiedyś jeździło Wg przewodnika całą jazdę można odbyć na dachu pociągu i na to się właśnie nastawiliśmy rano, gdy już udało się zdobyć bilety (kolejka przed kasą od siódmej). Włożyliśmy bluzy i swetry przekonani, że zmarzniemy i niemal (za radą przewodnika) wzięliśmy poduszki pod cztery litery. W naszym hotelu pooglądaliśmy historyczne zdjęcia na ścianach, na których wesołe towarzystwo w czapkach szczerzy uśmiechy do kamery siedząc kupą na dachu (obok). Podobne zdjęcia były na stacji kolejowej, gdzie zakupiliśmy ładne pocztówki z pociągiem na Nosie Diabła. Okazało się jednak, że kolej ekwadorska zmieniła parę lat temu formułę wycieczki (podobno były jakieś wypadki, ale sądzę, że to znów względy ekonomiczne) i zamiast sporego pociągu z dachem przygotowanym na wesołych podróżników przyjechał mały, spalinowy wagon (wielkości autobusu) z wygodnymi, numerowanymi siedzeniami. O wchodzeniu na dach nie było nawet mowy – widoki obserwowaliśmy przez okna. Dzieci były trochę zawiedzione, bo jazda na dachu pociągu miała być frajdą sezonu. No ale i tak było bardzo fajnie, a widoczki (i zwrotnice) przecudne. Zapraszamy do galerii oraz na filmik:


Wielorybi taniec i niebieskie kaloszki

3 lipca 2009

Jedyny skok, jaki udało się sfotografować Żeby zbytnio nie zgnuśnieć po trekkingu i poczuć tlenowy doping zjechaliśmy 4000 metrów niżej – nad ocean do małej wioski Puerto Lopez. Oprócz tego, że Puerto Lopez leży nad oceanem, ma jeszcze jedną ogromną zaletę. To tu, ku wybrzeżom Ekwadoru migrują wieloryby. Gnane instynktem pokonują 7000 km płynąc z zimnych wód Antarktydy aż do równika. To tu odbywają się wielorybie gody – taniec, śpiew i pokazy męskiej siły. Oboje z Błażejem bardzo chcieliśmy jeszcze raz zobaczyć te fascynujące ssaki poruszające się z niezwykłym wdziękiem i godnością. Mieliśmy już okazję widzieć je w pobliżu Cape Cod w USA, na olbrzymim żerowisku, gdzie to nurkowały to wynurzały się unosząc wypuszczanymi bąblami gigantyczne ilości krylu, ale spodziewaliśmy się, że tym razem nasze spotkanie będzie wyglądało zupełnie inaczej. I rzeczywiście tak było. Na Cape Cod zachwycała ich bliskość i liczba – widzieliśmy ich w sumie około dziesięciu, samce i samice z małymi (jedyne 5-6 metrów), były tak blisko, że nurkując niektóre z nich ocierały się o kadłub sporej łodzi, którą płynęliśmy. Teraz łódź była mała i jakikolwiek bezpośredni kontakt mógłby się źle dla nas skończyć. Dwa samce i samica płynęły, a nie nurkowały, to pojawiając się, to znikając za falami. Całość nie wyglądała aż tak spektakularnie jak na Cape Cod,  bo widzieliśmy co prawda ich grzbiety i płetwy ogonowe leniwie prześlizgujące się po powierzchni wody, ale nie działo się nic więcej. Wszystko miało swój rytm i regularność. Do czasu. Bez zapowiedzi, bez najmniejszego wstępu zobaczyliśmy nagle ciemny kształt wynurzający się z wody. Była w tym skoku i dynamika i spokój, potężna siła i gracja. Na łódce wszyscy westchnęli z zachwytu, a kapitan, który siedział obok uśmiechnął się do nas z dumą, jakby to o swoim synu chciał powiedzieć: ”Widzicie? Skoczył! Skoczył! Popatrzcie, jaki jest piękny!”. Rzeczywiście był piękny, a samo przeżycie niezwykłe, tym bardziej, że podglądaliśmy coś w naszym odczuciu bardzo intymnego. Widzieliśmy jeszcze kilka takich skoków, parę z nich zaakcentowanych dodatkowo eleganckim machnięciem bocznej płetwy i zmysłowym wygięciem całego ciała. Ani zdjęcia (właściwie tylko jedno się udało), ani filmik nie oddają ich piękna, ale zamieszczamy, żeby choć trochę je przybliżyć. Jednocześnie przekazujemy wyrazy szacunku operatorom brytyjskiego filmu przyrodniczego Planeta Ziemia (Planet Earth). Nie mamy bladego pojęcia, jak im się takie zdjęcia udało nakręcić. Nie żebyśmy mieli jakieś ambicje w tym kierunku, ale na naszej łódce tak telepało, że mało z aparatami nie pospadaliśmy do wody – zobaczcie zresztą na filmie:

Głuptaki i ich kaloszki Mogłabym spędzić na tej łódeczce tydzień wpatrując się w wieloryby, ale mieliśmy już w planie kolejny punkt programu wycieczki: Isla de la Plata, na której znajdują się kolonie ptaków morskich: gniazdują tam albatrosy, fregaty, kilka gatunków głuptaków. Cała wyspa jest rezerwatem przyrody, można się poruszać po niej tylko z przewodnikiem, utrzymując dystans 2 metrów do ptaków, które często wysiadują swoje jaja bezpośrednio na ścieżce. Najbardziej wzruszyły nas głuptaki (blue-footed boobies): swoim kaczym chodem, kłótniami, gwizdami no i barwą łapek – niebieską, jakby im ktoś je farbką pomalował albo nałożył ciut za duże niebieskie kaloszki. Ich pisklęta osiągają dojrzałość płciową dopiero w wieku 2,5 lat – jeśli nieszczęśni rodzice muszą je aż tak długo karmić, to nic dziwnego, że niektóre z puchatych głuptakowych nastolatków wyglądają na dużo większe niż ich rodzice. Ponieważ trwał także okres godowy fregat, których samce nadymają małe, czerwone wole do monstrualnych rozmiarów, mogliśmy porównać czym się różni wole zwiśnięte od nadętego – trzeba przyznać, że gołym okiem widać, które jest ciekawsze ;-).

Ostatnim punktem programu był snorkeling (czyli z fajką i maseczką dookoła wyspy). Woda była chłodna i pływaliśmy bez pianek, więc nie daliśmy rady spędzić w niej zbyt dużo czasu, ale wystarczająco, aby zobaczyć angelfish (ryby anioły) – inny gatunek niż  w Morzu Karaibskim, rodzaj needlefish (ryba – igła) – też odmienny, niewielkiego snappera i pełno innych kolorowych rybek. To tak na oko, bo gatunki jeszcze musimy posprawdzać w źródłach. Jak na jeden dzień to zwierzaków sporo.

Galeria z Puerto Lopez i okolic tutaj.


Z dołu do góry, z góry na dół

29 czerwca 2009

Przymierze na początku drogi Jeszcze będąc w Quito w kultowym  South American Explorers Club nabyliśmy książkę Trekking w Ekwadorze, zrobiliśmy kilka zdjęć udostępnionym nam mapom i postanowiliśmy spędzić kilka dni w górach. W tym celu odwiedziliśmy kilka sklepów turystycznych i nabyliśmy nabój do kuchenki turystycznej oraz trochę suchego prowiantu opłakując przy okazji nasz namiot, który teraz niewątpliwie bardzo by się nam przydał, bo infrastruktura turystyczna w Ekwadorze mizerna. Jak to bywa z górami, dostać się tam niełatwo – jechaliśmy cały dzień i jeszcze trochę głównie ze względu na średnio sprzyjający rozkład autobusów i jakość dróg szutrowych – po raz kolejny musieliśmy zweryfikować swoje wyobrażenia dotyczące czasu, jaki należy poświęcić na pokonanie stu kilkudziesięciu kilometrów.

Za to już z autobusu zobaczyliśmy w promieniach zachodzącego słońca Chimborazo – wygasły, pokryty śniegiem wulkan i zarazem najwyższy szczyt Ekwadoru. Potem była  jeszcze zapierająca dech podwójna tęcza w Isinlivi. Takiego światła nie widziałam chyba nigdy wcześniej – i to wszystko zanim jeszcze zaczęliśmy naszą wędrówkę.

Laguna Quilotoa Następne trzy dni spędziliśmy dość intensywnie. Trochę strome nam się wydały te Andy :-), chociaż byliśmy w niższej ich części, bo tak na poważnie to się chyba dopiero w Peru zaczynają. Jak to w górach, aby gdzieś dojść, należy najpierw zejść, a potem wejść, (ewentualnie odwrotnie), ale nie jest to jednak tutaj takie proste. Powietrze jest bardzo czyste, co sprzyja błędnej ocenie odległości, ścieżki są wąskie, nieoznakowane i używane głównie przez miejscowych, a różnice wysokości względnej duże, bo góry pocięte są bardzo gęsto wąwozami. Więc jak już raz nie zeszliśmy do właściwego wąwozu, to przy takim ukształtowaniu terenu oznaczało to spore nadłożenie drogi. Wszyscy spotkani życzliwie pokazywali nam drogę – niekiedy udawało nam się z tych wskazówek skorzystać, a niekiedy wspominanych ścieżynek nie można było znaleźć. Ostatecznie jednak po dwóch dniach i 25 km marszu w górę i w dół (czyli zgodnie z planem) doszliśmy do krateru z turkusowym jeziorkiem (3800 m n.p.m.), nad którym upichciliśmy najlepsze danie tego trekkingu – owsiankę z czekoladą. Podczas tej operacji owce mało nas nie zadeptały, nie zważając na nasze dzieci, które machały wiechciami zerwanej trawki zachęcająco wykrzykując: “Almuerzo! Almuerzo!” (Obiad! Obiad!). Było pięknie, ale było też naprawdę zimno. W tej okolicy temperatury wahają się między 6 a 12 stopni, w nocy było jeszcze gorzej. Ponieważ Quilotoa położona jest na grzbiecie górskim, wiało także niezgorzej. Wieczorem więc po obfitej kolacyjce serwowanej w naszym hostelu rozpalaliśmy kozę w pokoju, a rano biliśmy rekordy w ubieraniu się na czas.

Było tak jak miało być: surowo, zimno i pięknie. Zapraszamy do nowych galerii (z gór i jeszcze z Quito).


Środek świata

23 czerwca 2009

Monument równika w Mitad del MundoQuito – stolica Ekwadoru – przywitało nas lekką zadyszką (w końcu to wysokość 2800 m n.p.m.) i ładną, słoneczną pogodą. Dwa dni spędziliśmy na zakupach. Udało się w większości odbudować stan sprzętu – na szczęście ludzie tu chodzą w góry, więc sklepów turystycznych trochę jest (muszę jednak przyznać, że zdziwiłem się, bo w takim nie-trekkingowym Wrocławiu oferta choćby plecaków jest lepsza w jednym sklepie typu Horyzont, niż w we wszystkich sklepach w całym Quito razem wziętych). Wyposażeni i ubrani w nowe ciuszki (prócz mnie, bo moich nie ukradli, więc nie miałem pretekstu do zakupów) ruszyliśmy na równik.

Ekwador, jak sama nazwa wskazuje, leży na równiku, a kilkanaście kilometrów od Quito leży miasteczko Mitad del Mundo z wielkim obeliskiem oznaczającym tę linię. Jak się okazuje nie do końca. Otóż osiemnastowieczni francuscy badacze wyznaczając położenie równika w Ekwadorze pomylili się ociupinkę i prawdziwy leży o jakieś 300 dalej. Mamy więc oficjalny, rządowy monument, piękną, fotogeniczną linię oznaczającą równik (fałszywy) i cały przemysł turystyczny wokół tego (restauracje, muzea, sklepiki), a 300 metrów dalej na prywatnym terenie prawdziwy, wyznaczony przez dokładne GPS-y RÓWNIK i bardzo ciekawe Muzeum Słońca.

GPS na fałszywym równiku Najpierw więc zrobiliśmy sobie zdjęcia na fałszywym, a potem na prawdziwym równiku – oczywiście stojąc jedną noga na półkuli północnej, a druga na południowej. Potem odwiedziliśmy to prywatne muzeum, które okazało się zresztą hitem, bo prócz wystaw etnograficznych z Ekwadoru (chaty indiańskie, wielki boa w formalinie itp) pozwalało demonstrować różne ciekawe zjawiska związane z równikiem, a głównie z efektem Coriolisa. Kto to pamięta z fizyki w szkole? Zróbcie sobie takie doświadczenie: długi sznur z ciężarkiem (po prostu wielkie wahadło) i bardzo swobodny, bez żadnych tarć zewnętrznych ruch (w muzeum chyba w Monachium widziałem kiedyś takie wahadło na kilka pięter). Zobaczycie, że płaszczyzna wahadła będzie się powoli obracać w prawo. To właśnie działa siła Coriolisa związana z ruchem obrotowym Ziemi. Otóż na półkuli południowej to wahadło obracałoby się w lewo. A na równiku wahałoby się zawsze w jednej płaszczyźnie. W ten sposób powstają też huragany, które kręcą się na obu półkulach w różnych kierunkach. Poważnie! Demonstrowało to proste doświadczenie z wodą:

Postawiłem jajko na gwoździu Dalej można było postawić jajko na gwoździu (co na równiku jest dużo łatwiejsze – udało się zarówno mi, jak i Beacie), można było zobaczyć jak działa dwustronny zegar słoneczny (przez pół roku działa jedna strona, a przez drugie pół druga) oraz przejść po linii równika z zamkniętymi oczami i ramionami rozłożonymi szeroko. Próbowaliśmy kilka razy i rzeczywiście na równiku dużo trudniej utrzymać równowagę (siła Coriolisa działa na oba ramiona w dwie różne strony). Z równikiem wiążą się też inne ciekawe obserwacje:

  • Słońce zawsze wstaje dokładnie o 6:00 rano i zachodzi o 18:00
  • Zawsze jest więc równonoc – nie obchodzą tu nocy świętojańskiej i dlatego biedacy mają mniej miłości 🙂
  • Nie ma czasu letniego, bo to nie ma sensu i nikt go nie używa (to dotyczy zresztą wielu krajów w okolicach równika)
  • przez 2 dni w roku w południe słońce świeci dokładnie pionowo z góry i nie ma cieni – nieźle, nie?! Nie działają też wtedy zegary słoneczne i ludzie Ekwadorze nie wiedzą która godzina 🙂
  • na równiku (no powiedzmy w jego okolicach, nie tylko dokładnie na nim) ważymy więcej mniej (ma być „mniej” – przepraszam za pomyłkę) niż w Polsce, ponieważ Ziemia jest elipsoida obrotową, a nie kulą – jest spłaszczona na biegunach i w związku z tym na równiku jest dalej do jądra Ziemi i grawitacja jest nieco słabsza.

Już ich nie ma

23 czerwca 2009

W Ekwadorze już ich nie ma… Kolorowych, oklejonych naklejkami, pomalowanych w najbardziej zwariowane kolory, ze zużytymi siedzeniami z wystającą gdzieniegdzie gąbeczką, obśmianych niejednokrotnie z pogardą. Będę za nimi tęsknić. Za chickenbusami.

Honduras Panowie w kapeluszach Pomimo hałasu, wstrząsów i innych drobnych niedogodności jest to najbardziej wygodny i zabawny sposób podróżowania po Ameryce Środkowej. Żaden inny lądowy środek lokomocji nie jest tak dobrze klimatyzowany wiaterkiem, który hula po pędzącym autobusie dzięki przemyślnemu systemowi do połowy otwieranych okien. Hula radośnie i swobodnie, bo siedzenia są niewielkie i niskie, za to przestrzeń nad nimi spora. Widać wszystko i wszystkich, dzięki temu biznes i życie społeczne kwitną i umacniają się więzi międzyludzkie, o czym za chwilę. W środku każdy chcikenbus jest inny, każdy ma swój niepowtarzalny charakter i ozdoby – naklejki, plakaty, kolorowe furkoczące zasłonki. Wspierające duchowość napisy i plakaty często są umieszczone są nad siedzeniem kierowcy lub też wymalowane z tyłu. Przodują cytaty z Biblii – przebojem jest “Pan jest pasterzem moim,  niczego mi nie braknie”. Bardzo często wypisane zresztą zaraz obok metalowych, solidnych tabliczek z hasłem “All American”. Zdarza się też królik Bags albo Tom & Jerry zamiast cytatu.

Nikaragua Błękitny GromNa kolejnych  przystankach (bardzo wielu przystankach dodajmy dla ścisłości) można dogodzić swojemu podniebieniu – w zależności od kraju i regionu można zakupić od wchodzących sprzedawców: wodę z kokosa, zmrożone napoje w butelkach lub woreczkach (wnoszone w miedniczkach i workach z lodem), owocowe smoothie w zgrabnych folijkach, krojone mango i arbuzy gotowe do spożycia, owoce na patykach w zagadkowych polewach, pełen obiad na plastikowych talerzykach (kurczak, ryż, platany, sałatka), baleady, quesadille, tacos i inne tortillowe frykasy, chipsy z platanów, chicharon, pan de coco (chlebek kokosowy), domowe muffinki z rodzynkami, zjadliwie różowe kokosowe kulki, ciasteczka kruche i francuskie, lody i gumy do żucia. Z innych rozrywek oferowane są kolorowanki, długopisy i pirackie filmy. Uff… jak widać bez chickenbusów świat drobnej przedsiębiorczości nie byłby tak urozmaicony…

Belize - Ciekawy świat dookołaDodatkową zaletą jest to, że bagaże można mieć pod ręką i na oku – z tyłu autobusu. Wysiadać tamtędy też zresztą można, jeśli drogi nie zastawiają bagaże innych pasażerów. A bagaże mogą być rozmaite. Koguty, kurczaki lub kury są zazwyczaj dyskretnie trzymane pod siedzeniem, więc jak już się człowiek zorientuje, co go smyra w nóżkę, to się może odprężyć. Poza tym podróżować z właścicielami mogą: kiście bananów – na oko około 50 sztuk w jednej, a kiści kilka; plastikowe krzesełka w ilości sztuk 13 zręcznie połączone w kolorowy stosik; wiklinowe kosze o średnicy 1 metra; 10 worków mąki po 50 kilo każdy i tak dalej. Rozmaitość ciekawych towarów, a czasem też sposobów ich pakowania (lub nie pakowania) doprawdy wielka.

Gwatemala - ChickenbusW kolejnych wioskach prędkość autobusu nie jest, ykhm… zbyt duża, więc można robić zdjęcia scenkom rodzajowym, a nawet na chwilkę wyskoczyć po jakiś wypatrzony smakołyk. Żeby zaś pasażerom nie było nudno muzyka z głośników leci na cały regulator. Dominuje nurt romatyczno-latynoski oraz lata 80-te. “Chiquitita” w autobusiku w maleńkiej honduraskiej wiosce ma niezapomniany smak… No i jak tych chickenbusów nie pokochać?

No i jeszcze ten zaśpiew… Jakoś tak jest w Ameryce Środkowej, że oprócz kierowcy w autobusie jest zawsze jego pomocnik, który zbiera opłaty i pokrzykuje głośno, dokąd rzeczony chickenbus zmierza. Może to brzmieć na przykład tak: Rrrranadarrrranadarrranada! i zawsze kończy się charakterystyczną wznoszącą się intonacją.  Łatwo zgadnąć, że chodzi o Granadę, prawda? 😉

Poniżej przypis techniczny od Błażeja:

Chickenbusy są praktycznie zawsze starymi szkolnymi autobusami ze Stanów. Pochodzą na oko z lat 60-tych lub 70-tych, ale o dziwo jeżdżą. Albo technika amerykańska jest tak świetna, albo lokalni mechanicy mają smykałkę. Albo jedno i drugie. W każdym razie taki autobus jest strasznie prosty w konstrukcji i wygląda przez to bardzo solidnie. Mocna stalowa rama, pancerne resory (dlatego tak trzęsie na wybojach), sztywna metalowa buda, silnik z ogromnym zapasem mocy (ale paliwo tu tanie) i te wysławiane przez Beatę okienka. A! No i oczywiście tylne drzwi z olbrzymią, stalową wajchą służące do ładowania towaru. Żadnych wygód, żadnych skomplikowanych urządzeń. Mechaniczna dźwignia otwierająca drzwi z przodu i klakson w postaci sznureczka wiszącego nad głową to najważniejsze narzędzia pracy lokalnego kierowcy. Dla mnie rewelacja.

Zapraszam do specjalnej galerii chickenbusowej.


Kącik łasucha – Kostaryka

21 czerwca 2009

PozoleZwlekałam trochę z kącikiem łasucha z Kostaryki, bo najpierw wrażenia nie były oszałamiające, a potem były, ale zupełnie innego rodzaju. Wrażenia kulinarne słabe może dlatego, że sporo czasu spędziliśmy w parkach narodowych, gdzie często byliśmy zdani na siebie, a właściwie na banany, chińskie zupki i fasolkę z puszki, bo infrastruktury kulinarnej niemal nie było albo była, ale 80km dalej :-). Żeby doznać więc choćby minimalnych przyjemności tego typu ostatniego dnia zajechaliśmy do przydrożnej gospody o wystroju rustykalnym i zamówiliśmy sobie zestaw najbardziej typowych specjałów kostarykańskich, a właściwie to tych, które były :-). Na pierwszy rzut poszła zupa pozole, pochodzenia zresztą zupełnie nie kostarykańskiego, ale meksykańskiego, skrzyżowanie rosołu i gulaszu wieprzowego ze sporą ilością gotowanej kukurydzy. Potrawa to smaczna, niezwykle pożywna, zawiesista i sycąca, w sam raz po nartach (ale to nie w Kostaryce :-)).

Plato al Trapiche Najbardziej zagadkowe było plato al trapiche, które miało zawierać palmitos (wewnętrzne części plamy), chicharon (prażoną świńską skórę), arracache (marchewkę peruwiańską) oraz papaję. Wydaje się, że rozpoznaliśmy chicharon – kawałki wieprzowiny tak długo pieczone, że wyschnięte niemal na papier – zupełnie inne, niż jedliśmy w Meksyku. Z pozostałymi było już gorzej – nawet papai nie udało nam się zidentyfikować, choć to niby smak i wygląd nam dobrze znany. Wszystkie warzywa były pokrojone w większą lub mniejszą kostkę – kremową, żółtą i ciemnożółtą. Wszystkie smakowały nijako, więc motywacja, aby je rozpoznać, znacząco nam zmalała, ale dla tych z zacięciem detektywa zamieszczamy zdjęcie obok.

Tamale Mdłe tamales, masa kukurydziana zapiekana z nadzieniem z ryżu i mięsa w liściu bananowca (podobno również pochodzenia meksykańskiego, ale jedzone także w Nikaragui i Kostaryce), też nie okazały się odkryciem roku, niestety. Całość wygląda jak nasze gołąbki, ale za to liścia bananowca się nie je, ale odwija jak serwetkę. To już moje drugie podejście do tamales – pierwsze kupiłam w Nikaragui, ale było to kompletne nieporozumienie – okazało się, że to wersja okrojona zawierająca liść bananowca oraz masę kukurydzianą li i jedynie. Może wersja przygotowywana tu na Święta Bożego Narodzenia jest smaczniejsza…  Jest także nadzieja, że inne typy tamales, a jest ich mnóstwo, stanowią lepszy kąsek dla podniebienia. Na razie jednak pozostaną mi marzenia o gołąbkach. Najlepiej z grzybami :-).

Jednak zawsze są też smaczne niespodzianki i tym razem okazała się nią criolla – zamówiony przez nas kompletnie w ciemno sok z określonego rodzaju winogron, sprowadzonych do Ameryki Południowej i Środkowej przez Hiszpanów – gęsty, wyrazisty, przypominający nieco renklody. Oraz słodycze – szczególnie te z masy kokosowej – pychotka! Obiecujemy sobie także, że następnym razem pojedziemy na atlantyckie wybrzeże Kostaryki – opisy potraw przygotowywanych w mleku kokosowym brzmią niezwykle obiecująco… A do tego czasu największym smakołykiem Kostaryki pozostanie kawa – świeżo zmielona, bez śladu goryczy, aromatyczna i delikatna, dodająca energii czysta arabica z uprawy organicznej.

W następnym odcinku kącika łasucha Quito i okolice – jak na razie jest przepysznie!