Wielorybi taniec i niebieskie kaloszki

Jedyny skok, jaki udało się sfotografować Żeby zbytnio nie zgnuśnieć po trekkingu i poczuć tlenowy doping zjechaliśmy 4000 metrów niżej – nad ocean do małej wioski Puerto Lopez. Oprócz tego, że Puerto Lopez leży nad oceanem, ma jeszcze jedną ogromną zaletę. To tu, ku wybrzeżom Ekwadoru migrują wieloryby. Gnane instynktem pokonują 7000 km płynąc z zimnych wód Antarktydy aż do równika. To tu odbywają się wielorybie gody – taniec, śpiew i pokazy męskiej siły. Oboje z Błażejem bardzo chcieliśmy jeszcze raz zobaczyć te fascynujące ssaki poruszające się z niezwykłym wdziękiem i godnością. Mieliśmy już okazję widzieć je w pobliżu Cape Cod w USA, na olbrzymim żerowisku, gdzie to nurkowały to wynurzały się unosząc wypuszczanymi bąblami gigantyczne ilości krylu, ale spodziewaliśmy się, że tym razem nasze spotkanie będzie wyglądało zupełnie inaczej. I rzeczywiście tak było. Na Cape Cod zachwycała ich bliskość i liczba – widzieliśmy ich w sumie około dziesięciu, samce i samice z małymi (jedyne 5-6 metrów), były tak blisko, że nurkując niektóre z nich ocierały się o kadłub sporej łodzi, którą płynęliśmy. Teraz łódź była mała i jakikolwiek bezpośredni kontakt mógłby się źle dla nas skończyć. Dwa samce i samica płynęły, a nie nurkowały, to pojawiając się, to znikając za falami. Całość nie wyglądała aż tak spektakularnie jak na Cape Cod,  bo widzieliśmy co prawda ich grzbiety i płetwy ogonowe leniwie prześlizgujące się po powierzchni wody, ale nie działo się nic więcej. Wszystko miało swój rytm i regularność. Do czasu. Bez zapowiedzi, bez najmniejszego wstępu zobaczyliśmy nagle ciemny kształt wynurzający się z wody. Była w tym skoku i dynamika i spokój, potężna siła i gracja. Na łódce wszyscy westchnęli z zachwytu, a kapitan, który siedział obok uśmiechnął się do nas z dumą, jakby to o swoim synu chciał powiedzieć: ”Widzicie? Skoczył! Skoczył! Popatrzcie, jaki jest piękny!”. Rzeczywiście był piękny, a samo przeżycie niezwykłe, tym bardziej, że podglądaliśmy coś w naszym odczuciu bardzo intymnego. Widzieliśmy jeszcze kilka takich skoków, parę z nich zaakcentowanych dodatkowo eleganckim machnięciem bocznej płetwy i zmysłowym wygięciem całego ciała. Ani zdjęcia (właściwie tylko jedno się udało), ani filmik nie oddają ich piękna, ale zamieszczamy, żeby choć trochę je przybliżyć. Jednocześnie przekazujemy wyrazy szacunku operatorom brytyjskiego filmu przyrodniczego Planeta Ziemia (Planet Earth). Nie mamy bladego pojęcia, jak im się takie zdjęcia udało nakręcić. Nie żebyśmy mieli jakieś ambicje w tym kierunku, ale na naszej łódce tak telepało, że mało z aparatami nie pospadaliśmy do wody – zobaczcie zresztą na filmie:

Głuptaki i ich kaloszki Mogłabym spędzić na tej łódeczce tydzień wpatrując się w wieloryby, ale mieliśmy już w planie kolejny punkt programu wycieczki: Isla de la Plata, na której znajdują się kolonie ptaków morskich: gniazdują tam albatrosy, fregaty, kilka gatunków głuptaków. Cała wyspa jest rezerwatem przyrody, można się poruszać po niej tylko z przewodnikiem, utrzymując dystans 2 metrów do ptaków, które często wysiadują swoje jaja bezpośrednio na ścieżce. Najbardziej wzruszyły nas głuptaki (blue-footed boobies): swoim kaczym chodem, kłótniami, gwizdami no i barwą łapek – niebieską, jakby im ktoś je farbką pomalował albo nałożył ciut za duże niebieskie kaloszki. Ich pisklęta osiągają dojrzałość płciową dopiero w wieku 2,5 lat – jeśli nieszczęśni rodzice muszą je aż tak długo karmić, to nic dziwnego, że niektóre z puchatych głuptakowych nastolatków wyglądają na dużo większe niż ich rodzice. Ponieważ trwał także okres godowy fregat, których samce nadymają małe, czerwone wole do monstrualnych rozmiarów, mogliśmy porównać czym się różni wole zwiśnięte od nadętego – trzeba przyznać, że gołym okiem widać, które jest ciekawsze ;-).

Ostatnim punktem programu był snorkeling (czyli z fajką i maseczką dookoła wyspy). Woda była chłodna i pływaliśmy bez pianek, więc nie daliśmy rady spędzić w niej zbyt dużo czasu, ale wystarczająco, aby zobaczyć angelfish (ryby anioły) – inny gatunek niż  w Morzu Karaibskim, rodzaj needlefish (ryba – igła) – też odmienny, niewielkiego snappera i pełno innych kolorowych rybek. To tak na oko, bo gatunki jeszcze musimy posprawdzać w źródłach. Jak na jeden dzień to zwierzaków sporo.

Galeria z Puerto Lopez i okolic tutaj.

7 Responses to Wielorybi taniec i niebieskie kaloszki

  1. Ania Dziuba pisze:

    Już wam się pewnie znudziły te pochwały, ale cóż innego można powiedzieć? Fascynujące opisy i superowe fotki – dzięki wam za to, wspaniale umilacie ten upalny i troche nudnawy czas „radosnego oczekiwania”. Czy macie czasem wrażenie, że jesteśmy tam z wami? Bo ja tak … Pozdrowionka! 🙂

  2. Teresa pisze:

    Bardzo wakacyjny ten wpis.
    Mieć niebieskie kaloszki, to każdy by chciał 🙂 Kolorek piękny.
    Ech, chciałoby się tak sobie posiedzieć na tej plaży w Los Frailes …
    A ogladając wielorybie tańce pewnie można zapomnieć o całym świecie.
    Ciekawe, czy dobrze znosicie pobyt na tak dużych wysokościach? Czy szybkie pokonywanie dużych różnic wysokości jest dla ‚nizinnych’ Wrocławian szczególnie odczuwalne :)?

    • Czuje się zadyszkę, szczcególnie idąc na powiedzmy 3700 z wielkim pleackiem, ale w Quito się zaaklimatyzowaliśmy nieco, więc było w porządku. Ogólnie na naprawdę duże wysokości nie wchodzimy, a nawet jeżdżąc autobusem na 3000 (a to w Ekwadorze normalka, bo autobus w kółko musi gdzieś wjechać na jakąś przełęcz) nic specjalnego się nie czuje (najwyżej ma się dość zakrętów i boli siedzenie – dziś spędziliśmy w autobusie 13 godzin).

  3. Jola-mama pisze:

    Ania ma rację, znów aż chce się Wam stawiac 6 z wieloma plusami. Jeżeli miałam jakieś malutkie obawy -co do Waszej wyprawy- to już dawno minęły. Jesteście przygotowani super, a dzieci doceniają to na pewno. Opisujcie i filmujcie jak najwięcej – jesteśmy z Wami .Całusy dla całej czwórki.JJ

  4. Aldek pisze:

    Z opisu Beci nie wiadomo czy młodzież brała udział w tej eskapadzie. Jeżeli tak, to jak to przeżyła? Z bliska zobaczyć coś takiego, to już coś. Zdjęcie robi wrażenie. Dzięki za te wszystkie opisy. Waszą wycieczkę dookoła św. przeżywamy tak jak byśmy tam byli, lecz z pozycji ciepełka domowego. A szkoda!
    Pozdrowienia dla szalonej gromadki.

  5. aga pisze:

    Niesamowite te wieloryby, to musiało być naprawdę cudowne przeżycie. No właśnie, czy dzieci tez modły to cudo zobaczyć?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: