Kontrastowe Mexico City

24 kwietnia 2009

Lokalny urząd pracyTeraz możemy z całą pewnością powiedzieć czym różni się centrum miasta latynoamerykańskiego, od takiego na przykład Wrocławia. W Europie centrum miast to najczęściej turystyczny deptak pełen eleganckich sklepów, banków i restauracji. Tutaj natomiast jest to w sumie wielki bazar. Urokliwe uliczki pełne są małych sklepików ze wszystkim (tylko nie z żywnością), handlarzy złotem, lewymi dokumentami, fakturami (fakturę na podkładkę proponowano mi kilka razy) no i oczywiście barów z różnego rodzaju meksykańskim żarciem. Wszystko to po dłuższym przyglądaniu się nie wygląda…hmm różnie i w sumie przestaliśmy się dziwić ochroniarzowi, który cały dzień stoi w drzwiach naszego hostelu (nas wpuszcza bez mrugnięcia, bo jesteśmy gringo). Choć urokliwe i pełne starych, kolonialnych kościołów, wyraźnie widać, że centrum przeznaczone jest głównie dla miejscowych i to raczej mniej zamożnych. Na przykład nie ma tu praktycznie bankomatów i za grosz kantorów (widocznie walutą nie handlują, przeciwnie do nas). Za to sklepików ze złotem, kolczykami, kosmetykami, płytami z muzyką w MP3 oraz butami – za trzęsienie.

Elegancka restauracja w San AngelW zrozumieniu tej różnicy pomogła nam Dorota (mieszka tutaj już ponad 20 lat, choć jest z Warszawy). Przy okazji bardzo dziękujemy Szymonowi i Pawłowi za skontaktowanie nas z Dorotą. Bez niej nasza przygoda w Mexico City byłaby mniej intensywna i mniej ciekawa. Razem zwiedzieliśmy San Angel, piękną willową dzielnicę kolonialną, historyczną restaurację-hacjendę, starą siedzibę Corteza oraz śliczne placyki z kościółkami w dzielnicy Coyoacan, muzeum Fridy Kahlo oraz oczywiście bazylikę Matki Boskiej z Guadelupe z ogromnym posągiem Jana Pawła II przy wejściu (przed bazyliką indianie tańczyli swoje tańce w rytm bębnów a wewnątrz ksiądz modlił się z pielgrzymami). Dorota objaśniła nam mnóstwo lokalnych zwyczajów i codzienności, które są inne niż u nas. Pokazała nam miejsca, do których pewnie byśmy nie dotarli. I była naszym bardzo serdecznym i cierpliwym przewodnikiem. Dziękujemy z całego serca!

Biznes na taczkach Mexico City jest pełne kontrastów. Są tu eleganckie domy, eleganccy panowie jeżdżący eleganckimi samochodami (w dużej mierze dużymi amerykańskimi SUV-ami), piękne restauracje, sklepy, ogrody, wspaniałe ZOO i naprawdę imponujące muzeum antropologiczne pokazujące wszystkie kultury prekolumbijskie. Ale jest też cała reszta: ogromne mnóstwo zwykłych ludzi jeżdżących lokalnymi, obdrapanymi autobusami i próbujących jakoś wiązać koniec z końcem. Kwitnie drobny i wspaniale niezorganizowany biznes. Ilość wszędobylskich straganików z różnymi rzeczami oraz pomysłów na zarabianie aż przytłacza. Moim idolem wczoraj był żongler w przebraniu klowna, który na czerwonym świetle stawiał przed kolumną aut dwumetrową drabinę, właził na nią, żonglował pokrzykując, składał drabinę i przechodził między samochodami zbierając datki do kapelusza. Wszystko w jednym cyklu świetlnym na dużym skrzyżowaniu. Niestety nie udało nam się zrobić zdjęcia. Drugie miejsce zajęła kobitka sprzedająca słodycze z taczek, w których też spało jej malutkie dziecko (obok).

Ludzie (a żyje ich tu prawie 20 milionów) są serdeczni, nie nachalni, uprzejmi. Nastraszeni przez liczne opowieści przed każdym wyjściem na miasto szykujemy się na konfrontację z bandytami i kieszonkowcami, jak Arnold Schwarzenegger w filmie Commando (scena przed atakiem na siedzibę El Presidente, gdzie więziona jest córka – wiecie o co chodzi). A tym czasem w metrze jest tłoczno, ale sympatycznie. Ludzie się uśmiechają, zaczepiają nas, zagadują. W końcu jesteśmy jedynymi gringo w całym wagonie. Na ulicy przewodnicy proponują wycieczki, a gdy usłyszą “Gracias” grzecznie pytają, czy można jakoś pomóc, wskazują drogę i uśmiechają się. Słowem: czujemy się tu dobrze, choć cały czas oczywiście jesteśmy czujni jak Winetou! 😉

Zapraszamy do galerii!


Londyn pokątny

19 kwietnia 2009

TablicaPo nużącej podróży i kilkugodzinnym postoju przesiadkowym na lotnisku w Dusseldorfie dojechaliśmy bezpiecznie do Londynu i oczywiście, choć było już trochę późno, pierwszy wieczór spędziliśmy głównie na szukaniu śladów Harrego Pottera. Moje dziewczyny są bowiem największymi fankami w tej części galaktyki. Dotarliśmy więc do dworca King’s Cross, skąd Harry i reszta uczniów odjeżdżają co roku do Hogwartu. Jak zapewne wiecie, aby dostać się do pociągu trzeba udać się na peron 9 i trzy czwarte. W tym roku wejście na peron, znane doskonale z filmu, jest niedostępne ze względu na remont dworca. Anglicy byli jednak na tyle uprzejmi, że przenieśli wejście kilkadziesiąt metrów dalej na peron 8 i postawili stosowną tabliczkę dla fanów Harrego. Bardzo to było miłe z ich strony. Tak więc po krótkich poszukiwaniach udało się wykonać historyczne zdjęcie.

Potem szukaliśmy trochę ulicy Pokątnej, ale nie doszliśmy. Ta, która była planem filmowym, gdzieś się schowała. Za to Beata nieomylnie zaprowadziła całą wycieczkę w kilka miejsc żywcem przeniesionych z filmu. Nawet Bernaś pokazując jeden z pubów powiedział, że wygląda, jak sklep Olivandera.

 

Isia na peronieŻeby jednak nie było tak, że wycieczki po Londynie koncentrują się tylko na jednym, dość opowiedzieć, że byliśmy w British Museum, gdzie widzieliśmy kamień z Rosetty, mumie egipskie i wystawę skarbów z Meksyku oraz w Natural History Museum, gdzie między innymi można stanąć oko w oko z ruszającym się dinozaurem (model: T-rex) lub gigantycznym płetwalem błękitnym. Co ciekawe muzeum jest całkowicie bezpłatne (podobnie, jak to pierwsze).

O samym Londynie pisać w sumie nie ma co, bo byliśmy praktycznie jeden dzień, a miasto jest wszystkim raczej znane. Na ulicach dwupiętrowe autobusy oraz charakterystyczne, czarne taksówki. W pubach ekipy oglądające mecze przy piwie i curry.  No i metro London Underground. Myślę, że wystarczy po prostu kilka zdjęć, które postaramy się wrzucić w najbliższych dniach do galerii – po ich przesortowaniu i ewentualnym obrobieniu.

Jutro (technicznie rzecz biorąc to już jest dziś) startujemy do Meksyku. Trzymajcie kciuki i do usłyszenia!


Co jest w plecakach?

17 kwietnia 2009

Dsc_6489 Pewnie pytacie, co się składa na to około 35 kg? Co się bierze w podroż dookoła świata na dziesięć miesięcy mając dodatkowo dwójkę dzieci? Otóż okazuje się, że niewiele. Im mniej tym lepiej.

Każdy z dzieciatych ma zapewne w pamięci takie doświadczenie: wyjazd z dziećmi na weekend. Najlepiej jeszcze z dzieckiem w wieku wózkowym. Najczęściej średniej wielkości kombi jest wypakowane po dach. Przy wyjeździe na dwa tygodnie do Chorwacji jest jeszcze gorzej, bo gdzieś musi się zmieścić ponton i rowery, prawda? Trzeba sobie wtedy kupić bagażnik dachowy i gadżeciarski box (“Kochanie, musiałem kupić taki drogi box, aby zmieściło się łóżeczko i wózeczek naszego dzidziusia…”). Otóż odkrycie, którego osobiście dokonałem już parę lat temu próbując pakować się do kolejnego samochodu: ilość gratów w przeliczeniu na dzień nie jest stała i maleje nieliniowo przy dłuższych wyjazdach. I tu dochodzimy do sedna. Przy wyjeździe 10 –miesięcznym i to bez auta motywacja jest jeszcze większa. Mój plecak waży obecnie 18 kg (mniej, cholera, się nie udało), co i tak uważam, za górną graniczną wartość. W końcu będę to nosił. Beaty waży 11 (czyli w sumie niewiele), Isi 6 (generalnie mniej niż jej codzienny szkolny tornister), a mały plecaczek Bernasia jakieś 2,5 kg. Do tego dwa plecaczki podręczne po około 2 kilo.

Oto co mamy w środku:

  1. Namiot (1 sztuka)
  2. Maty samopompujące (po jednej na głowę)
  3. Śpiwory (jak wyżej)
  4. Moskitiery (dwie dwuosobowe)
  5. Prześcieradła do śpiworów
  6. Maski i fasjki do nurkowania (każdy ma swój komplet)
  7. Ręczniki (niewielkie)
  8. Palnik do kuchenki turystycznej i jedna menażka
  9. Lekarstwa wszelakie (sporo tego, apteczkę Beata wyposażyła nieźle)
  10. Świństwo na komary (o sympatycznej nazwie Mugga)
  11. Aparat fotograficzny
  12. Osprzęt foto: ładowarka, dodatkowy obiektyw, filtry, karty, obudowa podwodna
  13. Netbook zwany Acerkiem (z którego właśnie piszemy)
  14. Telefony komórkowe
  15. iPod i słuchawki (wiem, wiem, ale nie mogłem sie powstrzymać)
  16. Latarki dla każdego (w tym dzieciaki mają latarki na korbkę)
  17. Ładowarka słoneczna/USB do komórek i innych gadżetów (wreszcie był pretekst, żeby sobie coś takiego kupić)
  18. Malutka ładowarka USB do auta
  19. Przewodniki na część pierwszą wyprawy
  20. Gumowate płaszcze przeciwdeszczowe (każdy ma swój oczywiście)
  21. Ciuchy (przy czym jedna zmiana zawsze na sobie):
      • spodnie długie (po 1 na głowę)
      • spodnie krótkie (po 1 na głowę)
      • koszulki z krótkim rękawem (po 2 na głowę)
      • koszula z długim rękawem dla każdego
      • bluza polarowa dla każdego
      • bielizna termiczna z długimi nogawkami i rękawami (narciarska prawdę mówiąc) pełniąca też rolę pidżamy
      • kąpielówki/stroje (kąpielówki męskie mogą pełnić rolę szortów)
      • 3 zmiany bielizny
      • kapelusze lub czapki an głowę
      • kurtki od wiatru i deszczu
  22. Okulary przeciwsłoneczne dla każdego
  23. Paszporty
  24. Książeczki szczepień
  25. Wydruki rezerwacji biletów
  26. 3 woreczki nieprzemakalne na elektronikę i papiery (bardzo sprytna rzecz)
  27. Portfele, karty kredytowe, frequent flyer, prawa jazdy (nasze i międzynarodowe)

Poza tym, pakujemy drugą torbę, która pojedzie z kolegą do Stanów w lipcu i zostanie nam przesłana na Florydę (Tomek liczymy na Ciebie, a Ewie z góry dziękujemy). Jest tam druga tura przewodników, książki szkolne (piąta klasa zobowiązuje), druga tura świństwa na komary oraz sporo lekarstw i parę tym podobnych rzeczy. Dziewczyny, zdaje się, mają w planie włożyć tam też po sukience, aby poczuć się w USA kobieco. 🙂


Trzy tygodnie

31 marca 2009

Projekt Golfstrom - odliczanie Do wyjazdu zostało już niecałe 3 tygodnie, więc naprawdę robi się gorąco. W końcu wyjeżdżamy na prawie rok z domu! I to z dziećmi, które przy okazji muszą wcześniej skończyć naukę. Wiszący na drzwiach licznik typu countdown zrobiony na wzór zimorodkowego (dzięki!) codziennie rano przypomina ile jeszcze zostało dni. Mieszkanie mamy zawalone kartonami, w które pakujemy różne rzeczy (bo mieszkanie oczywiście na czas wyjazdu należy wynająć), a na ścianie powieszone trzy wielkie listy:

  1. ZAŁATWIĆ
  2. KUPIĆ
  3. ZABRAĆ

… i dyndający na sznurku roboczy flamaster do nanoszenia nowych punktów i skreślania istniejących. Na razie na tej pierwszej liście jest cała rzesza spraw jeszcze nie skreślonych. Myślę, że pod koniec spróbujemy tu najważniejsze spisać – tak na pamiątkę oraz dla ewentualnych naśladowców. Sporo sprawunków jest jeszcze na tej drugiej liście, ale tym się najmniej przejmujemy, bo są to w większości już drobiazgi. Najważniejszy sprzęt już mamy. Postaramy się też w przyszłości zaprezentować tutaj listę pakunkową, która na razie jest bardzo rozgrzebana. Limit bagażu na głowę to 20 kg na większości lotów, a poza tym to wszystko trzeba potem nosić, więc tak naprawdę nie możemy przesadzać. Tym bardziej, że nasz najmłodszy (pomimo bohaterskich deklaracji) wiele tego bagażu nie uniesie. Choć w teorii mamy więc sumaryczny limit 80 kg, to w praktyce jakieś 45. Inaczej na odcinkach naziemnych to ja musiałbym robić za wielbłąda, a to mi się nie uśmiecha.


Bilety Round the World (RTW)

18 grudnia 2008

Mapa z AirtrekZ tą trasą i biletami to jest tak, że kierowaliśmy się zasadą: ma być ciepło. Mój pierwszy pomysł był taki, aby zacząć od USA i tam kupić auto, którym można przejechać niemal jak Tony Halik aż do Ameryki Południowej (Tony jechał w drugą stronę i trochę dłużej jechał – nie da się ukryć). Jednak, gdy sobie poczytałem jakie formalności trzeba spełnić, aby amerykańskim samochodem przejechać choćby do Meksyku, to mi trochę mina zrzedła. No i jeszcze pozostawał Darien Gap, czyli niebezpieczny kawałek bezdroża panamskiego. Wszyscy zalecają, aby ten region przelecieć górą i darować sobie próby przejazdu. Zbyt łatwo można być tam obrabowanym. I to niejednokrotnie obrabowanym. Nie mówiąc o tym, że nie ma tam drogi! Sprawa prosta: odpadł pomysł przejechania jednym ciągiem, a ponieważ ze względu na pogodę kwiecień i maj na USA wydawał się być trochę za zimny (pisała już o tym Beata), ułożyliśmy trasę najpierw przez Amerykę Środkową, potem przez Południową. Musieliśmy więc znaleźć bilety lotnicze, które by uwzględniały nasze nietypowe wymagania.

Od razu wyszło, że trudniej będzie znaleźć dogodne połączenie za pomocą biletu jednej firmy. Dość szybko odpadła oferta Star Alliance (Lufthansa) oraz OneWorld (British Airways). Tamtejsze aplikacje do budowania trasy odmawiały współpracy uparcie twierdząc, że takich połączeń nie da się zbudować. Za to lektura ich stron internetowych pokazała, jak czasami tanio można polecieć dookoła świata (prosty bilet RTW British Airways w granicach 6000 złotych).

World_golfstrom Za bilety zabraliśmy się więc fachowo za pomocą firm specjalizujących się w takich nietypowych usługach. Na pierwszy strzał poszła firma AirTreks (z Los Angeles), gdzie na stronie internetowej jest fajna aplikacja do budowania trasy, która od razu na bieżąco oblicza wstępne ceny (nam wyszło coś koło 3700 USD). Pozwala to w spokoju pobawić się rożnymi ideami, a przy okazji zorientować się którędy najłatwiej polecieć. Po wysłaniu kilku naszych próśb o ofertę dostaliśmy mailem coś, co było potem bazą przy porównywaniu cen biletów (ta oferta to było już 4900 USD). Oferta AirTreks nie była na oko taka zła (wtedy dolar jeszcze był po 2,50) ale okazało się, że można lepiej. Następną firmą było RoundTheWorldFlights.com z Londynu. Tu oferta, która dostaliśmy była tańsza (2300 GBP), ale zakładała dwa różne bilety i mniej fragmentów lądowych. Zerkaliśmy też na stronę TravelMood, ale to też nie było to. Na końcu trafiliśmy na polecaną w naszej mądrej księdze firmę spod Londynu: Travelnation. Tam nie ma na s tronie wymyślnej wyszukiwarki, ale są za to takie oferty, że mucha nie siada: prosty przelot dookoła świata z kilkoma przystankami za 800 GBP – funt jest teraz po 4,3 zł więc to wychodzi nieco ponad 3400 zł! Taniej niż Lufthansą do USA z Wrocławia (poza promocjami)! Skontaktowaliśmy się z agentem Travelnation podając nasze złożone wymagania i opisując różne opcje (opcji było kilka). Korespondencja była bardzo gęsta, choć czas reakcji tamtej strony to czasem nawet kilka dni. Okazało się, że to, co decyduje o cenie naszego biletu to Ameryka Południowa z powrotem do USA (jest to jakby cofnięcie się) oraz liczba przystanków na Pacyfiku. Liczbę przystanków zredukowaliśmy szybko z 4 do 2 (miały być Hawaje, Polinezja, Samoa i Fidżi, a została Polinezja i Fidżi z przelotem własnym na Tonga). Za to dodaliśmy lądowe przejazdy przez Nową Zelandię i Australię. Po wielu mailach i kilku telefonach udało się ustalić odpowiednią ofertę (około 1900 GBP na głowę). Wpłaciliśmy zaliczkę i poczuliśmy, że naprawdę się zaczyna!


Lektury obowiązkowe

7 października 2008

Nasze przewodniki

Przyszły przewodniki zamówione wcześniej na Amazonie. Ponieważ już nie raz tam kupowałem, to wiedziałem, że to dobry sposób oszczędzenia paru złotych. Bardziej egzotyczne przewodniki jak Polinezja, czy Australia kosztują u nas w księgarni prawie 100 zł sztuka, a zamówione przez Amazon o połowę taniej. Wraz z przesyłką do Polski. Opłaca się, bo dolar jest nadal korzystny, choć już nie tak, jak w sierpniu, gdy wymieniliśmy sporą część budżetu wyjazdowego. Poza tym nie czarujmy się – wybór w USA jest dużo większy. Na szczęście Urząd Celny postanowił nie zaglądać nam do paczek i przyszły one bez problemów. Kiedyś mi się niestety zdarzyło oclenie, ale to zdaje się były filmy, a nie książki. W każdym razie są!

Teraz pozostaje je przeczytać. Jest tego cała masa i wspólnie z Beatą zabieramy się do roboty. Dzięki tej lekturze możemy jeszcze to i owo na naszej trasie zmienić. Będziemy się starali wstępnie oszacować budżety na poszczególne kraje, bo nie da się ukryć, że jeśli coś nie będzie się mieściło w ramach naszych możliwości, to wyleci. Przykra prawda.

Zacząłem się też zastanawiać co zrobić z tymi książkami, jak już się będziemy pakować. Wszystkich nie weźmiemy – to pewne. Część być może prześlemy wcześniej do znajomych w USA, aby mieć partię na drugą część wyjazdu. A część pewnie zeskanujemy, skserujemy fragmentarycznie lub prze…notujemy. Zobaczy się. W każdym razie żal byłoby je zostawiać – takie są ładne. Samo ich przeglądanie – są pełne kolorowych zdjęć i opisów fajnych miejsc – dostarcza niezłej frajdy. Przed nami więc bardzo sympatyczne jesienne wieczory.