Chiminike – muzeum, czy plac zabaw?

4 czerwca 2009

Chiminike 005 Z okazji spóźnionego Dnia Dziecka rodzice zabrali nas do Chiminike, Centrum Interaktywnego położonego na obrzeżach Tegucigalpy, stolicy Hondurasu. Ktoś z czytelników mógłby sobie pomyśleć: “Centrum Interaktywne”?! Przecież to Dzień Dziecka! Dzieci zanudzą się tam na śmierć! Rodzice powinni zabrać je do wesołego miasteczka, aquaparku lub choćby McDonalda, żeby miały jakąś frajdę!” Przyznaję, że nazwa “Centrum Interaktywne” brzmi bardzo poważnie. Ja też tak myślałam, ale tylko przez krótką chwilę – do momentu wejścia do budynku. Śmieszny zewnętrzny wygląd budynku – fioletowe i oszklone ściany – sprawiają złudne wrażenie, że gdy wejdziesz do wnętrza ujrzysz wielką salę pełną komputerów i siedzących przy nich wąsatych kasjerów w czarnych garniturach ;-). Nic z tych rzeczy! Sala była rzeczywiście wielka i fioletowa, jak zewnętrzne ściany budynku, lecz na suficie przywieszone były kolorowe fale, na licznych ławkach siedziały metalowe żaby z różnymi przedmiotami w rękach (gitara, książka, laptop), a wycieczka szkolna w czerwonych mundurkach siedziała na środku sali. Na widok tego wszystkiego myśl o komputerach i ponurych jak chmura gradowa urzędnikach natychmiast się ulotniła.

Na pierwszym piętrze była kosmiczna wystawa. W małej budce z napisem “Lecimy w kosmos” leżała skała z Księżyca przywieziona przez Apollo XVII. Można było tam też odbyć wyścigi w układaniu Układu Słonecznego. Na następnym piętrze był sterowany dźwig, kopara oraz sklep z prawdziwą kasą, sztucznymi produktami i wózkami. Lecz najfajniejsza była armata powietrzna mieszcząca się w środku sali. Nie chodzi mi oczywiście o prawdziwa armatę tylko o plastikowy kosz i podłączoną do niego rurę, do której wrzucało się kulkę (takie jakie są u nas w Ikea na placu zabaw), kręciło sie specjalnym pokrętełkiem, co powodowało strzał do plastikowej “tuby”. Kulkę można było potem poprowadzić trzema różnymi torami, lecz każdy z nich prowadził do pojemnika umieszczonego na górze konstrukcji.

Chiminike 049 Sala poniżej była poświęcona biologii człowieka. Można było tam sprawić, że ogromny nos kichnie – poprzez drapanie specjalnych etykietek w jego wnętrzu. Można było też “wydalić się” wchodząc przez język, stając na kubkach smakowych, następnie lecieć przełykiem – krótką, czerwoną w środku rurą do żołądka, a następnie przez jelito wypaść na brązową matę udającą odchody (nie śmierdziała :-)). Można było też spowodować wymioty specjalnej machiny oraz zagrać w olbrzymią operację – trochę inną niż nasza, ponieważ wyciąga się pacjentowi, a potem wkłada się na właściwe miejsce jelito, kość itp., a nie wiaderko, czy klucz. Ja własnoręcznie wyciągnęłam nieszczęsnemu pacjentowi serce z dziurki na przełyk. Jeszcze w sali obok mieściła się metalowa “rzeka” (zdjęcie poniżej), z chmury spływała woda do gór i górskich rzeczek, aby potem popłynąć rzeką i zabrać ze sobą rybki i różne rzeczy. Na rzece można było budować zapory, łowić ryby i budować krany.

Chiminike 138Po skorzystaniu ze wszystkich atrakcji tego poziomu, przeszliśmy na następny – a zarazem ostatni poziom centrum interaktywnego.  Pierwsza sala tego poziomu była poświęcona historii Hondurasu. W jej najciekawszej części – czasach Majów – można było pobawić się w archeologa. Ja znalazłam stellę przedstawiającą jednego z władców Majów, a Bernaś wykopał stellę w głową i bezgłową rzeźbę. Dalej można było zrobić sobie zdjęcie jako pirat i król Majów, przebrać się w ludowy strój honduraski i posłuchać tradycyjnej muzyki. Oczywiście nie omieszkaliśmy skorzystać z tych atrakcji. Druga sala była salą energii. Zapalaliśmy tam lampki za pomocą rowerów, podnosiliśmy ciężarki, a także leżeliśmy na łożu z kolcami – zupełnie jak hinduscy fakirzy.

Gdy zaliczyliśmy to wszystko pozostał nam tylko “szalony dom”. Był to mały domek położony na zewnątrz. Kiedy do niego weszliśmy okazało się, że podłoga jest pochyła. W pierwszym pokoju był stół bilardowy i wyobraźcie sobie – na tym stole można było postawić nieruchomą kulkę!!! Rzeczywiście można zwariować. 🙂 Następny pokój przypominał zwykłe pomieszczenie mieszkalne – łóżko, wentylator i tak dalej. Nic ciekawego. Ale ogólnie Chiminike fantastyczne i bardzo się cieszę, że tam poszliśmy.


Spływ na dętkach

10 Maj 2009

Idziemy na tubingCiężkie chmury zasnuły niebo nad wilgotnym lasem tropikalnym. Wszelki zwierz skrył się w gąszczu. Tylko dokuczliwe insekty wciąż polatywały nad wykarczowaną przez ludzi szeroką ścieżką. Jaguar w swym legowisku poczuł niekreślony niepokój. Wciągnął nosem wilgotne powietrze rodzinnego lasu. Tak, zna ten zapach. To zapach jego największego wroga – człowieka. Na ścieżce słychać głosy. Z zakrętu ukazują się cztery postacie, niosące na ramionach czarne dętki (oczywiście mówiąc dętki nie mam na myśli dętek od rowerów lecz czarne, lekkie opony z cienkiej gumy). Insekty spostrzegły ludzi i rzuciły się na nich jak sępy na padlinę, lecz zaraz zniechęcone zaciekłą obroną  odleciały w głąb dżungli. Ci ludzie to oczywiście my – rodzina Kotełków. Zaszyliśmy się w belizyjskim rezerwacie jaguara. Teraz idziemy zaliczyć jedną z jego głównych atrakcji – “tubing” (dosłownie “dętkowanie”), czyli spływ rzeką na oponach. Opony te wynajmuje się w centrum rezerwatu następnie idzie się do miejsca, gdzie leżą ich całe stosy i wybiera się rozmiar:

  • mały
  • średni
  • ogromniasty

Potem sprawa jest prosta. Niesie się opony na ramionach przez 15 minut aż do wejścia oznaczonego tabliczką ”tubing entrance” i spływa się. Kiedy dotarliśmy do wejścia – małej, piaszczystej plaży – zdjęliśmy spodnie i buty (mieliśmy stroje kąpielowe/kąpielówki pod ubraniami). Aby któryś z czytelników nie pomyślał sobie “No jako to!? Spływ oponami na rzece, a oni spodnie i buty to gdzie będą trzymać?” muszę wyjaśnić, że rodzice trzymali nasze rzeczy w workach foliowych na własnych brzuchach (na oponach rodzice leżeli na plecach, a my na brzuchu). Następnie włożyliśmy opony na wodę i wskoczyliśmy na nie.

Spływ na dętkachNa wodzie trzymaliśmy się z Bernasiem i tatą za opony. Z początku musieliśmy wiosłować (oczywiście rękami), potem porwał nas prąd. Na prośbę Bernasia puściłam jego oponę, ale przez to stałam się lżejsza od innych i popędziłam jak wiatr niesiona szybkim prądem tropikalnej rzeki. Zaczęłam wrzeszczeć (dla żartów, bo tak naprawdę bałam się tylko ociupinkę), więc zaraz zaczęli mnie gonić i po chwili było już po wszystkim.

Dalsza podróż przebiegła bez większych wypadków, choć parę drobnych oczywiście było – między innymi tato ugrzązł na mieliźnie i strasznie śmiesznie wyglądało, jak się z niej wydostawał. Chwilę później, kiedy przepływaliśmy przez przesmyk szerokości 5 m, tatuś zaczął się wiercić, a potem wykrzyknął: “Aua! Coś mnie dziabnęło od dołu!” Wiernych czytelników (bardziej niż my strachliwych) mam obowiązek zapewnić, iż w tej rzece krokodyle nie występują. 🙂

Po drodze widzieliśmy ślicznego, czaplowatego ptaszka o czerwono-niebieskim upierzeniu spacerującego po wystającym nad wodę pniu drzewa. W końcu dotarliśmy do wyjścia i zakończyliśmy tubing.

Wszystkim się podobało…


Rzeka

5 Maj 2009

Rzeka Płynie rzeka pośrodku dżungli, a na niej łódka. Drewniana łódka z nowoczesnym silnikiem. A w łódce, pod daszkiem z liści siedzą ludzie. To my. Płyniemy rzeką Usumacintą między terenem meksykańskim, a Gwatemalą. Rzeka niespokojna, szeroka, usiana licznymi wyspami. Wyspy te są małe i piaskowe. Brzegi miejscami skaliste, niekiedy wyłaniają się piaszczyste plaże. Widać kąpiących się ludzi i kobiety piorące ubrania. Dżungla przez którą płyniemy jest zielona, tętniąca życiem. Nie wiem co kryje się w jej wnętrzu, lecz jestem pewna, że jest to coś tajemniczego, pięknego i przerażającego zarazem.