Atrakcji bez liku

2 listopada 2009

Gejzer gotowy do wybuchu Już po kilku chwilach w Rotorua zorientowaliśmy się, że atrakcji jest taki wybór, że aż strach. No i niektóre są takie, że … aż strach. Nowozelandczycy mają wyobraźnię! Okolica znana jest z aktywności geotermicznej i wulkanicznej – są więc gejzery (niektóre startują jak w zegarku wzruszane kawałkiem mydła), błotne jeziorka wulkaniczne, kąpiele w termalnych źródłach lub w błotku, spa wszelkiego rodzaju, wioski pogrzebane pod pyłem wulkanicznym (wybuch był w 1886) i oczywiście tradycyjne pokazy tańców maoryskich. Ale są też zjazdy z górki na pazurki na wózkach (nazywa się to luge), loty helikopterem nad wulkanami (podobno można samemu sterować), wyścigi w dziwnych, jednoosobowych “kolejkach linowych” napędzanych pedałami (shweebing – jedyne miejsce na Ziemi, gdzie coś takiego istnieje), skoki na bungie, przejażdżka wielką motorówką przez grzmiący wodospad, skoki spadochronowe w tandemie (aby było ciekawiej to z małego akrobacyjnego samolotu), quady przez błoto, rafting przez wodospady i górskie strumienie, żużlowe motory do wynajęcia, spadanie trójkami w dziwnych śpiworkach na linie (swooping – też jakiś nowy wynalazek) oraz zorbing (czyli staczanie się ze zbocza w olbrzymiej gumowej kuli).

Tor do zorbingu Ponieważ miałem kiedyś przyjemność (prawdę mówiąc nieco wątpliwą, bo był środek lata i było diabelnie gorąco) znaleźć się w kuli do zorbingu i toczyć się po trawie, z pewnym zainteresowaniem przyjrzałem się co oferują w mieście, gdzie zorbing zdaje się wynaleziono. No więc nie tylko można dać się wsadzić do olbrzymiej, gumowej, przezroczystej kuli i dać stoczyć z górki na pazurki (pod górę jest zbudowany sprytny wyciąg dla kul), ale można też spróbować zjazdu zygzakiem (jest specjalny tor), zjazdu w parach lub trójkami oraz dwu specjalności zakładu: jazdy w uprzęży (Zorbit) oraz jazdy w kuli napełnionej sporą ilością zabarwionej na niebiesko wodą (Zydro) – w zimie ciepłą, a latem zimną. W pierwszym wypadku jest to bardziej kosmiczny rollercoaster, gdzie nie masz na nic wpływu, zaś w drugim – wrażenia są z połączenia zorbingu (możesz próbować sterować kulą) i jazdy rurą w aquaparku (czyli jesteś mokry). Fajnie, nie? 🙂 Nie dość, że jesteś zamknięty w kuli staczającej się ze zbocza i możliwości hamowania masz żadne, a sterowania niewielkie, to jeszcze możesz się podtopić. Jakoś mnie to nie przekonuje, choć może straciłem niezłą frajdę nie jadąc, co? 😉

Z jednej więc strony Nowozelandczycy mają tą nutkę szaleństwa, a z drugiej strony odgórnie pewien porządek bardziej chyba brytyjski jest. Sklepy zamykane są najczęściej koło 17-tej, na osiedlach obecne są patrole sąsiedzkie, istnieje telefon noise control służący do donoszenia na wyjące do księżyca pociechy sąsiadów, zaś w całej Nowej Zelandii tylko przez 2 dni w roku można kupić sztuczne ognie – na Guy Fawkes Day (5 listopada). Ustawowo! I to właśnie jest dziś i wczoraj. W TV reklamy, a w supermarkecie pudła z fajerwerkami. Pomyślałem oczywiście o sylwestrze i polskich zwyczajach puszczania ogni wszelakich. Niestety nie kupiliśmy nic, bo sylwestra spędzimy już w Australii, a zanim tam dolecimy będziemy znów musieli przejść przez węszących celników. Za to na efekty wystrzałowe pojechaliśmy do wybuchającego codziennie o 10:15 rano gejzera napędzanego mydłem.

Zapraszamy na zdjęcia z Rotorua i okolic.


Pierwsze kroki po drugiej stronie Ziemi

29 października 2009

Liczne maile, SMS-y, telegramy i listy przekazywane pocztą gołębią zmuszają nas do wyrwania się z błogiego nieróbstwa i napisania czegoś o Nowej Zelandii. Naród bowiem spragniony podobno jest wieści, a my siedząc absolutnie po drugiej stronie kuli ziemskiej i mając dokładnie pół doby różnicy czasu do was (bo zmieniliście już czas na zimowy) siedzimy i nic nie piszemy. Zgroza!

Scruffy Wylądowaliśmy, jak już wiecie z małymi przygodami, a potem pławiliśmy się w luksusach miejskich w Auckland (największym mieście Nowej Zelandii) i stąd lenistwo wszelkie. Luksusy miejskie polegały na wynajętym na 4 dni pokoju/mieszkanku z kuchnią i piekarnikiem, gdzie – pierwszy raz od 6 miesięcy – Beata mogła poszaleć i upiec nam ciasto. Brownie zrobione przez mamę smakowało dzieciakom jak najlepsza ambrozja. Dodatkowo jeszcze zupełnym przypadkiem poznaliśmy Anię z Zielonego Wzgórza oraz jej męża, dzieci i psa więc rozkosze podniebienia kontynuowane były w postaci wspaniałej jagnięciny z grilla oraz kotlecików mielonych “pyszne jak u dziadka Toniego” (cytat). Jak widzicie, u nas w kółko o żarciu. Jakoś tak samo wychodzi. 😉

Rondo w drugą stronę Wyposażeni w wynajęty samochód, który ma co prawda kierownicę nie po tej stronie co trzeba, ale jest na tyle duży, że mieścimy się razem z bagażami oraz w liczne rady i wskazówki od naszych nowo poznanych znajomych (przy okazji: bardzo serdecznie dziękujemy za gościnę!) ruszyliśmy w drogę… A propos kierownicy: kto wymyślił, że w samochodach mających kierownicę z prawej zamienione są też miejscami kierunkowskaz z wycieraczkami? U nas kierunkowskaz mamy zawsze pod lewą ręką, a tu pod prawą. Efekt jest taki, że przed każdym skrętem włączam wycieraczki, a jak zaczyna padać to sygnalizuję skręt. Dodatkowo muszę pilnować się, żeby jechać po lewej stronie drogi, na rondzie jechać w lewo (trudne!) oraz pamiętać, że po lewej jest jeszcze kawałek samochodu z Beatą w środku więc od przepaści trzeba się trzymać w pewnej odległości. Zanim wyczułem szerokość auta już pierwszego dnia skutecznie przywaliłem w krawężnik parkując w Auckland (skończyło się na wizycie w wypożyczalni celem naprawy opony – wiem wstyd, wstyd)! Sposób przejeżdżania przez skrzyżowania równorzędne ćwiczyłem na razie raz, alena razie nie chcę tego powtarzać. Już wolę ronda w lewo! Trzeba jednak przyznać, że mimo początkowego stresu i mojej przygody z krawężnikiem jestem po paru dniach na tyle przyzwyczajony, że jadę niemal jak w domu. 😉

Nabrzeże w Russell Zwiedzając ten piękny kraj najpierw pojechaliśmy na północ od Auckland. Zgodnie z europejskimi przyzwyczajeniami: północ, jak to północ – jest zimno, wieje jak diabli i pada co godzinę. 🙂 Rejsy do delfinów odwołali, bo wiatr za duży. Jest mokro. Sąsiad obok na kempingu (po akcencie i wyglądzie: Irlandczyk) wjechał campervanem na trawę mimo tabliczki “Nie wjeżdżać, gdy mokro” i oczywiście się zakopał w trawiastym błocie. Przy operacji wypychania campervana zaangażowany został cały kemping (a jest nas tu w sumie 5 ekip) oraz bohaterska irlandzka kobieta (niekoniecznie Irlandka z wyglądu) jako kierowca. Skutek łatwy do przewidzenia: kobieta-kierowca przycisnęła gaz do dechy, a drugi sąsiad (Australijczyk) pchający akurat przy kole został ufajdany błotem od stóp do głów. Jego kobieta potem prała brudne, australijskie spodnie zerkając bykiem na nie do końca określoną Irlandkę. Słowem przyjaźń między narodami kwitnie. 🙂 A i jeszcze! W sklepach co chwile niezwykle mili Nowozelandczycy pytają uprzejmie a skąd my i dokąd my i prawie zawsze pytają, czy jesteśmy z Niemiec. A przecież mówimy po angielsku i chyba bez niemieckiego akcentu, prawda? Jedna pani nawet myślała, że byliśmy w armii. Wykoncypowałem, że chodzi im o te moje (niegdyś) zielone traperskie spodnie oraz również zieloną czapeczkę z daszkiem model wojskowy, którą noszę cały czas chroniąc moją bujną czuprynę przed słońcem i deszczem. Niemcy to taki wojskowy naród (Eins, Zwei, Drei, Achtung!), a w Nowej Zelandii pamięć o obu Wojnach Światowych wciąż żywa (innych praktycznie nie mieli), to pewnie tak im się kojarzę.

Bay of Islands Nie da się jednak ukryć, że Nowa Zelandia jest śliczna oraz bardzo przyjazna turystom. Ludzie życzliwi na każdym kroku z nieustającym “No worries!” na ustach. Na pierwszy rzut oka jest drożej niż USA, ale chyba bardziej urokliwie. Już po pierwszych dniach i spacerach po nadmorskich lasach subtropikalnych na północy czujemy się jak w innym świecie. Niektóre widoczki są jak z parku jurajskiego. Zwierzęta i ptaki też inne. A co dopiero będzie w górach?! Jesteśmy bardzo pozytywnie zbudowani i nastawieni na super widoki. Trzymajcie kciuki za poprawę pogody, bo jak na razie to mamy mieszane uczucia. Wszyscy tu potwierdzają, że wiosna tego roku nastała chłodna, a jedziemy właśnie na południe…

Zapraszamy do galerii z Auckland, z krajów północnych oraz jeszcze do zapomnianej z lądu stałego Fidżi.


Wielki błękit

18 października 2009

Płaszczka Wielki błękit, wielkim błękitem, ale w sumie w tych okolicznościach przyrody należałoby powiedzieć wielki podwodny ogród. Bo tak to mniej więcej wygląda. Niesamowicie! Rosną tu korale kapusty, pływają ryby papugi, a na dnie leżą morskie ogórki. No i jeszcze do tego wszystkiego pływa niezliczone mrowie ryb wszelakich. W czasie naszych nurkowań na Fidżi wraz z bardzo sympatycznym ośrodkiem Ratu Kini’s udało nam się kilkakrotnie odwiedzić supermarket – jedno z najbardziej znanych tutejszych miejsc nurkowych, gdzie niemal gwarantowane jest spotkanie z rekinem. Były też i inne miejsca nurkowe (Gotham City, Pinacles, Seven Sisters, Tuanuku, Plantation Pinacle, Namotu Passage) i inne widoczki, a ponieważ nurkujemy prawie- a snorklujemy wszyscy 4B, to i widoków było mnóstwo. Ja po raz kolejny próbowałem opanować mój aparat fotograficzny i robić pod wodą zdjęcia bez dodatkowego oświetlenia. Niezbyt to się trzeba przyznać udaje, więc większość zdjęć ma tonację blue. Na koniec aparat się zbiesił i zepsuł do końca na śmierć. 😦 Galeria w przygotowaniu. Cierpliwości!  Zapraszamy do galerii.

Rekin w supermarkecieW czasie odwiedzin samoobsługowego, podwodnego supermarketu dla rekinów (tu przypływają na śniadanko – najlepiej w czasie odpływu) udało się nam zobaczyć te piękne ryby (w wersji niegroźnej, żywiącej się rybami, a nie nurkami). I to po kilka na raz pływające w grupach i krążące nad dnem. Wrażenie niesamowite, choć nie były to olbrzymie egzemplarze (największy ze 2,5m), więc znowu aż takiego strachu nie było. Jednak w porównaniu z mrowiem kolorowych rybek zamieszkujących rafę taka większa pływająca jednostka podwodna wygląda naprawdę majestatycznie. Ja miałem też to szczęście zobaczyć jednego w świetle latarki w czasie nurkowania nocnego. To było dopiero coś! Ciemno wokół jak u murzyna pod koszulą, w gaciach mokro (dosłownie, bo pływamy w krótkiej piance) a wszystkie trzy latarki skierowane na jasny, spory kształt pływający w granatowej toni. Kształt popływał wokół nas i wyniósł się szybko. Światło mu się chyba nie podobało. A może nurkowie patrzący mu w talerz?

Podwodne ogrody i ich mieszkańcyW ZOO we Wrocławiu można zobaczyć smutnego słonia lub śpiącego lwa i tygrysa, jadąc do lasu biegającą sarnę, a na polu zająca. Jeżdżąc po całym świecie zwierzaków naziemnych można spotkać sporo. A czasem nawet jakieś większe ptaszydło się trafi. Ale wsadzając głowę do wody (najlepiej tam, gdzie jest rafa koralowa) zobaczycie takie nagromadzenie życia (rybki, kraby, ślimaki, korale i mnóstwo innych stworów), że niech się chowają wszystkie dżungle i sawanny. Naprawdę warto. Różnica jest kolosalna. I nie trzeba ani specjalnych uzdolnień, ani odwagi, bo fajne widoki są nawet przy plaży z maską na głowie. Nurkowanie ze sprzętem daje jednak ten komfort, że można bez stresu siedzieć nieco głębiej (przy czym tutaj na rafie najfajniej jest właśnie płytko – koło 10 metrów pod wodą). Strasznie gorąco zachęcam wszystkich jeszcze nie nurkujących! A okazji jest mnóstwo bo i w Chorwacji i w Egipcie baz nurkowych z polską obsługa bez liku. Zresztą pod wodą język nie stanowi problemu, bo i tak rozmawiać nie można. Sam kurs można zrobić i we Wrocławiu – my tak właśnie zaczynaliśmy (tu cichcem przemycona reklamka), aby sobie nie “psuć” wakacji. 🙂

Galeria z wyspy Mana tutaj…


Kącik {łasucha | drinkownika} – Fidżi

16 października 2009

Drink z obowiązkową palemkąŻeby nie było, że tylko jemy, to niech będzie znane wszem że też pijemy. A pijemy siedząc i urlopując się (bo tak to należy określić: 3 smaczne posiłki dzienne, plaża, laguna, rafa, słonce) na uroczej fidżijskiej wysepce Mana, gdzie (jak już wiecie) najpierw przez 2 dni lało więc nie było co robić. Trzeba było sączyć drinki. 🙂 Na tarasie, za foliową zasłoną od deszczu – ale z palemkami. Drink tropikalny bez rzeczonej parasoleczki, palemki, ananaska lub innej sterczącej ozdoby – nie uchodzi. Chyba, że jest to piwo lub kava. Dziś będzie więc głównie o drinkach, kavie i o piwie, choć o drinkach z palemką pisać się wiele nie da. Są smaczne, słodkie i rozluźniające. No i mają wesołe nazwy jak Slow screw (ciemny rum, biały rum, sok pomarańczowy, krem kokosowy), Wanna taki (biały rum, kahlua, mleko i gałka lodów), Sex on Mana beach (wódka, triple sec, sok pomarańczowy, krem z kokosa), Mana blue (gin, triple sec, niebieski likier, sprite i gałka lodów), Duatale (biały rum, białe curacao, sok z ananasa i krem z kokosa), czy bardziej tradycyjna pinacolada (biały rum, likier kokosowy, sok z ananasa i krem kokosowy). Receptury do wyboru i koloru (dla barmana samouka) oraz przykładową fotografię poglądową (aby wiedzieć co zrobić z wybraną przez siebie ozdobą) podajemy bo może ktoś w domowym zaciszu chciałby sobie zrobić odrobinkę fidżijsko-pacyficznej atmosfery. Należy (a) sporządzić drinka, (b) przebrać się w strój kąpielowy lub bokserki, (c) zapalić pod sufitem mocną żarówę (najlepiej tak ze dwusetkę), (d) położyć się na leżaczku lub fotelu i (e) sącząc drinka zupełnie, ale to zupełnie wyluzować. Punkty (a) i (e) można powtarzać do oporu. Pamiętaj – tylko bez pośpiechu. You are on Fiji time – jak nam tutaj co chwilę mówią.

Mistrz ceremonii z pomocnikiem przygotowują kavę No ale wracając do meritum, zaczęliśmy od kavy. Jest to tradycyjny lokalny napój przyrządzany z wysuszonych i sproszkowanych korzeni rośliny o nazwie yaqona (łac. piper methisticum), która ma tą cechę, że rośnie długo. Im dłużej korzeń tkwi w ziemi, tym mocniejsza kava z niego wychodzi. Generalnie 5 letnie korzenie to minimum, a najlepsze są podobno 10 letnie. Im dłużej tym lepiej, jak mówią tubylcy. Możecie się zatem spodziewać co się z tymi korzeniami może się dziać przez 5 czy 10 lat. Napój jest podobno lekko narkotyczny (uzależnienia nie stwierdziłem), a smakuje jak niezbyt mocna gorzka, zimna kawa. Ma działanie uspakajające i dobrze robi na sen. Na serce też – tak twierdzą lokalni. Przyrządzane jest to cudo w tradycyjnej “ceremonii”, gdzie obecny jest wódz wioski, jego mówca/rzecznik oraz mistrz ceremonii i pomocnik. Mistrz (w naszym wypadku był to szef kuchni) miesza proszek z wodą w specjalnej drewnianej misie (tanoa). Potem miseczką (bilo) nabiera każdemu porcję i podaje. Najpierw swoją dawkę otrzymuje wódz i jego mówca i razem decydują, czy kavę mogą wypić pozostali siedzący w okręgu na macie (kobiety z nogami “na syrenę”, mężczyźni “po turecku” – nigdy stopami w stronę tanoa). Przed otrzymaniem swojego bilo (połówka skorupy kokosa) należy ceremonialnie klasnąć (tylko raz). Pijemy oburącz, jednym chluśnięciem lub kilkoma łykami (jest “fidżi time” więc spieszyć się nie trzeba) i gdy skończymy wszyscy mają zawołać głośno matha (co oznacza: wypito do dna) i klasnąć trzykrotnie. Przed wypiciem swojej porcji kavy można też przełamać lody tradycyjnym fidżijskim okrzykiem “Bula!” (co oznacza zarówno “cześć”, “jak się masz”, “na zdrowie”, jak i “jest fajowo”). Nasze dzieci też próbowały kavy i mówią, że smakuje jak gorzka woda. W każdym razie specjalnie smaczne to to nie jest. Piwo lepsze.

Kolekcja piw i nasza barmanka A właśnie, wracając do tematu, czyli do piwa właśnie, to tutaj zaobserwowałem dotychczas trzy gatunki. Najpopularniejszy jest Fiji Bitter, czyli tradycyjne jasne piwo o smaku podobnym do Pilsnera (choć goryczki ma mniej). Fiji Gold, które jest bardziej słodkie i podobno lubiane przez kobiety. Daleko mu jednak słodyczą i kobiecością do naszych Reddsów. Bardziej przypomina lekko rozwodnione Tyskie. Trzecim gatunkiem, najbardziej wykwintnym i najdroższym jest Fiji Premium, które smakuje kropka w kropkę jak Miller Light. Wszystkie piwa są produkowane lokalnie na głównym lądzie (jak tutaj nazywają największą wyspę Fidżi, czyli Viti Levu). Globalizacja jednak pokazała i tutaj pazurki, bo wszystkie te marki należą do australijskiego koncernu Foster. Pewną ciekawostką jest pojemność. Otóż marki Bitter i Gold sprzedawane są jako małe i duże, przy czym małe ma 355 ml, a duże 750 ml. Duże jest więc naprawdę duże, a gdy jest mocno zimne (z porządnej lodówki) i podane przez uśmiechniętą barmankę wraz z wyjętym prosto z zamrażarki kufelkiem – smakuje naprawdę dobrze orzeźwiająco. I o to właśnie chodzi! Bula!


Druga depesza znad Pacyfiku

13 października 2009

Jest wreszcie słońceBULA! STOP

DESZCZE NIESPOKOJNE USTAŁY STOP

WYSZŁO SŁONECZKO STOP

SZYKUJEMY SIĘ NA JUTRO NA NURKOWANIA STOP

POZDRAWIAMY STOP

4B


Jak pożarło nam dzień cały

10 października 2009

Przekroczyliśmy wczoraj międzynarodową linię zmiany daty. Dotychczas bezkarnie przemieszczaliśmy się na zachód zarabiając co jakiś czas po kilka godzin. Szczególnie wyraźne było to w USA, gdzie przejeżdżając z jednego stanu do drugiego nagle cofaliśmy zegarek o godzinę i mieliśmy więcej czasu dla siebie. A słońce jakoś tak nie chciało zajść. 🙂 No ale czas sielanki się skończył i jak to mówią nic nie ma za darmo – trzeba było zapłacić. I to całym dniem. “Praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądź pan głąb” jak mawiał pewien praktyk (kto wie który?).

Dzielny samolocik Wystartowaliśmy grzecznie 8 go października w czwartek o 6 rano z Polinezji Francuskiej lotem Air Thaiti Nui 101 na Fidżi (z przesiadką w Auckland). Po drodze tak mniej więcej koło 11 (nadal przypominam: w czwartek) naszego polinezyjskiego jeszcze czasu (gdy już byliśmy dobrze po śniadanku, po małym piwku na smaka i po jednym zajmującym filmie) pilot oświadczył, że przekraczamy linię zmiany daty. Samolotem zatrzęsło, maszyna nagle przyspieszyła i wpadła w tunel pełen kolorowych świateł. Gdy spojrzeliśmy za okno zobaczyliśmy ciemne, kotłujące się chmury i setki latających zegarów od małych naręcznych do takich wielkich z wahadłem – wszystkie bimbały i kręciły wskazówkami jak szalone do przodu. Niestety nie zdążyłem zrobić zdjęcia, bo trwało to tylko parę chwil (linia zmiany daty nie jest szeroka – wystarczy przekonać się na jakimkolwiek globusie) i samolot wypadł na słoneczne niebo z dźwiękiem przypominającym wyskakujący korek od szampana. “Jest piątek, 9 października, godzina 11 rano” oświadczył pilot. Wśród nie znających tematu wywołało to niemałe poruszenie i już chcieli pilota przez okno wyrzucać, że im zabrał jeden dzień z wakacji. Najbardziej zdenerwował się Bernaś, bo urwało mu czwartek (a nasze dzieci mają w czwartki “słodki dzień” i tylko wtedy jadają słodycze). Na szczęście atrakcyjna, polinezyjska stewardesa podała wszystkim po cukierku na uspokojenie. My zaś siłą rzeczy przesunęliśmy “słodki dzień” na piątek. 🙂

Tak więc finalnie: byliśmy z czasem za wami, czyli jak wy kładliście się w czwartek spać, to my dopiero w czwartek wstawaliśmy. Teraz zaś jesteśmy przed wami, czyli jak my w czwartek kładziemy się spać, to wy wstajecie. Różnicę czasu mamy obecnie 10 godzin (jesteśmy już na wyspach Fidżi), ale do przodu (do waszego czasu dodajecie 10), zaś wcześniej mieliśmy 12 do tyłu. Zmieni się to, jak się przestawicie na czas zimowy, albo jak my zaczniemy zbliżać się do was coraz bardziej. A! No i jeszcze dla odmiany u nas jest teraz wiosna i zaraz będzie gorące południowe lato (kto wie, dlaczego lato na półkuli południowej jest gorętsze?), a u was zdaje się plucha, zawieja i błotko, oj oj. 😉

Harcerskie pozdrowienia z półkuli południowej!

PS. Bogata galeria z Polinezji Francuskiej jest już na stronie.

PS-2. Jak na razie Fidżi jest świetne i bardzo nam się podoba! Będą dalsze relacje i zdjęcia! Bądźcie czujni.