Sydney bez dzieci

12 stycznia 2010

Zabawy w Hyde Parku Niestety ten tytuł to tylko marzenie i na wieczorny koncert w parku dzieci z nami poszły. A że spały potem na trawce przy głośnej muzyce dookoła, to już inna sprawa. W krytycznym momencie, gdy towarzystwo wstało i zaczęło się rytmicznie kiwać, Isia do nas dołączyła, a tylko młodszy został na trawce otoczony światełkami ostrzegawczymi (promocyjne wentylatorki z migaczami z banku ANZ) – jak samolot na płycie lotniska. Było tak, jak miało być, czyli super. Do Sydney przyjechaliśmy bowiem w dniu rozpoczęcia corocznego Sydney Festival (coś w rodzaju Dni Wrocławia), gdzie akurat pierwszego dnia i wieczoru odbywa się mnóstwo przedstawień i koncertów na wolnym powietrzu. W Australii zresztą większość rzeczy się dzieje na wolnym powietrzu (o tym pisała już Beata), bo i styl życia taki i czasem inaczej nie można. A jak wiaterek powieje od morza to zawsze człowiekowi przyjemniej. Byle cień był. W dzień z tym cieniem było trudniej, więc w Hyde Parku, gdzie odbywały się występy cyrkowe dla dzieci, rozdawano właśnie migające wentylatorki oraz butelki z wodą. Organizacja pierwsza klasa, bo nawet cała strefa centrum była wyłączona z ruchu, obowiązywał zakaz sprzedaży i wnoszenia alkoholu, a wodzirej ze sceny przypominał wszystkim, aby pili dużo wody i chronili się przed słońcem.

Wieczorny koncert na Domain Wieczorem na Domain, czyli takim tutejszym parku centralnym rozpoczęły się koncerty – najpierw zespołów “ludowych”, czyli aborygeńskich – grających jednak całkiem przyjemną odmianę soul/pop z didgeridoo i gitarą w roli głównej. Przy okazji poszperajcie sobie na YouTube o didgeridoo, bo to jest niezły instrument. To, co grający może z niego wycisnąć, przechodzi ludzkie pojęcie i wyobrażenie. Ogrom dźwięków wydobywających sie na raz z tej długiej rury (przy czym są i basy, i dudnienia, i przyśpiewy, i świsty) przyprawia o ciarki. Wszystko w rytmie i z dzikim, tajemniczym klimatem. Rewelacja! A że w sobotę na scenie był naprawdę wirtuoz (niestety nieznany nam, więc nawet linka tu nie wstawię) – przyjemnie się słuchało!

Al Green zdjęty teleobiektywem z telebimu Po tych atrakcjach pojawiła się główna gwiazda, czyli Al Green. Występował pierwszy raz w życiu w Australii, co było dla mnie nawet lekkim zaskoczeniem, bo jak na amerykańską gwiazdę tej klasy to, że wcześniej nie zawitał do kraju kangurów jest nieco dziwne. Ale w końcu się pojawił i, jak sam powiedział, bardzo mu się Australia podoba. Zrobiło się naprawdę koncertowo, na scenę i na niebo wyszły gwiazdy, a okoliczne wieżowce służyły za ekrany wyświetlające obrazy z wielkiego projektora. Ludzie bawili się świetnie i naprawdę żałowaliśmy, że musieliśmy już wychodzić – do naszego “domku” dotarliśmy przyjemną komunikacją miejską i tak dopiero przez pierwszą w nocy. Dzieci były bardzo dzielne i zarobiły na sporą porcję lodów, prawda?

Wrocław pod śniegiem - obraz z 11 stycznia z kamery internetowej na budynku Kogeneracji A propos dzieci, to obecnie dostają gorączki na myśl o tym, co w Polsce. Czyli o śniegu. Isia dziś dostała maila od koleżanki z opisem półmetrowego puchu na górce we Wrocławiu i stwierdziła “Ale farciarze! Mają tyle śniegu i mogą się w nim tarzać.” Młodszy też potwierdził, że natychmiast chce wracać i wziąć udział w tym śniegowym szaleństwie. Po czym zakończył obowiązkowe codzienne czytanie, Isia w szybkim tempie zrobiła sprawdzian z angielskiego (przysłany emailem przez panią nauczycielkę – bardzo dziękujemy przy okazji) i oboje zgodnie poszli w na basen poskakać nieco na główkę. 🙂 Niby dla odreagowania tego braku śniegu. Tak więc, jak widzicie już im się ciepłe kraje przejadły i chcą unurzać się w mrozie i białym puchu, choć pewnie wielu dzieciakom z Polski chciałoby się rano pochodzić po kempingu w kąpielówkach i poskakać do basenu, prawda? 😉

PS. Pozdrowienia z drugiej strony świata. Nie dajcie się białemu puchowi!


Zielone wzgórza Hunter Valley

10 stycznia 2010

Winnice Hunter ValleyMiało być pomarańczowo. Zanim tu przyjechaliśmy cała Australia kojarzyła nam się z soczystym oranżem, ochrą z chlapniętymi gdzieniegdzie plamami brązu, czerni i zabrudzonej kremowej bieli jak na twarzach Aborygenów. Z popękaną ziemią i groźną czerwienią Uluru. Tymczasem na wschodnim wybrzeżu Australii jest zielono, chociaż w każdym mieście czytaliśmy porozwieszane apele o oszczędzanie wody, bo w Australii susza aż strach.  A jednak tam, gdzie jechaliśmy, widzieliśmy lasy deszczowe, mgły z których wychylają się paprocie i eukaliptusy, bujne trawy mokradeł, ciemną, butelkową zieleń lasów namorzynowych… I jeszcze tutaj, w Hunter Valley, zieleń winorośli. Wszędzie zielono.

Już zaczyna się sezonOutdoorowy styl życia Australijczyków bardzo nam się spodobał, więc postanowiliśmy pójść za ich przykładem także w Hunter Valley. Zajechaliśmy do centrum informacji, wypytaliśmy, jak to wszystko działa i zostaliśmy zaopatrzeni w mapkę okolic oraz dobre rady. Instrukcje, jakie dostaliśmy, były rozkosznie proste. “Jedziesz, parkujesz, wchodzisz, próbujesz.” – poradził nam sympatyczny Australijczyk. Próbujesz win, rzecz jasna, z których ta dolina słynie. Ruszyliśmy więc w drogę zaciekawieni, bo to dla nas zupełnie nowy typ rozrywki. Jakże przyjemnej zresztą. Winnic w dolinie jest kilkadziesiąt, więc jest z czego wybierać. Wiele z nich ma 150-letnią tradycję, a to jak na Australię już niemalże antyk. Odwiedziliśmy kilka z nich przestrzegając tego samego rytuału. Najpierw otrzymywaliśmy kartę z opisem win, ich bukietu oraz ceny (bo przecież ostatecznie chodzi o to, aby klient wybrał i kupił dla siebie wino, które mu zasmakuje). Następnie padało pytanie o upodobania i można już było niespiesznie popijając dyskutować na temat walorów trunku. Wszystko przebiegało w sympatycznej, niewymuszonej atmosferze. Co bardziej utalentowani sprzedawcy byli w stanie zabawiać opowieściami grupy nawet pięcioosobowe nalewając im kolejne porcje boskiego trunku. Jak łatwo się domyśleć, degustujący byli coraz szczęśliwsi, rozluźnieni, coraz mniej skłonni do oddalenia się w kierunku konkurencji, i coraz bardziej przekonani do zakupu wybranego wina w tej właśnie winnicy. I oto przecież chodziło. Jakby przyjemności było mało, w dolinie znajdują się także fabryka sera (również z możliwością smakowania próbek produktów) i czekolady, a sporo winnic oferuje także lokalne przetwory o ciekawych smakach (na przykład sos z daktyli i chilli albo oliwa z oliwek z imbirem i cytryną). Słowem także raj dla tych smakoszy i łasuchów, którzy winach nie gustują. Wyjechaliśmy bardzo zadowoleni z Tulloch Late Picked Verdelho.

Smakołyki na sprzedaż Żeby nie postało wrażenie, że w dolinie odbywają się w kółko bachanalia, muszę dodać jeszcze kilka słów o zasadach jakimi wszyscy się kierują. Także tutaj obowiązuje zasada “Don’t drive drunk” (“Nie prowadź po alkoholu”), którą upowszechniają wymowne hasła na autostradach: “Drinking kills driving skills” (“Picie zabija umiejętności kierowcy”). Ponieważ o jednak komfort turysty dba się na każdym kroku, istnieją możliwości wynajęcia kierowcy, który obwozi po winnicach tych turystów, którzy pragną przekroczyć dozwolony wskaźnik alkoholu we krwi próbując co najmniej 10 rodzajów win (czyli wypijają co najmniej 20ml *10 = 200ml wina – równowartość dwóch drinków). O tym wszystkim informuje poradnik podając również średnie ilości alkoholu dla obu płci, które można wypić nie przekraczając dozwolonego prawem stężenia we krwi. W lokalnym radiu puszczane są reklamy społeczne ostrzegające o częstych kontrolach kierowców w tym rejonie, żeby nikt nie miał złudzeń, że mu cokolwiek ujdzie na sucho.W winnicach i w centrum informacyjnym jasno jest powiedziane, że osobom będącym pod (widocznym :-)) wpływem alkoholu (ang. intoxicated), wina nie podaje się.  Wszystko więc pozostaje w gronie koneserów.

Czy ktoś już wymyślił Hunter Valley dla czekolady? Pojadę natychmiast.


Kącik łasucha – Nowa Południowa Walia

8 stycznia 2010

Budka z pajami W czasie naszej podróży z Brisbane w kierunku Sydney (niemalże 1000 km) Bernaś coraz częściej z uciechą wykrzykiwał: “Pies!, pies!” odnajdując znajome słowo na mijanych reklamach. Pies są w Australii najwyraźniej bardzo lubianą przekąską. Wiedzieliśmy, że prędzej czy później trzeba będzie ich spróbować, choć nie jest to potrawa polecana przez dietetyków – jeden niewielki pie (czyli paj – dalej będę używać spolszczonej wersji pisowni) dorównuje liczbą kalorii i zawartością tłuszczu fastfoodowym hamburgerom. No ale w końcu to gdzie będziemy jeść te paje? Przecież nie w Polsce. Ani nie w Azji.  Co prawda po drodze jeszcze Wielka Brytania została, ale kto by tyle czekał :-)… Aż w końcu nadszedł ten właściwy moment i zatrzymaliśmy się przy przydrożnym punkcie oferującym paje w rozmaitości wszelakiej.

Pies na wystawce Paje (ang. pies, liczba pojedyncza to “a pie”) to rodzaj babeczek z nadzieniem (albo raczej babek, bo rozmiar czasem mają słuszny) charakterystycznych dla kuchni brytyjskiej, ale obecnych także w kuchni amerykańskiej i australijskiej (tu uważane są za danie narodowe).  Dalekimi krewnymi pajów są nasza szarlotka, francuskie tarty i włoskie calzone (tu uporządkowane w kolejności osobistych preferencji). Tak, jak w przypadku wszystkich nadziewanych zawijasów – są tacy, którzy wolą ciasto i są tacy, którzy wolą zawartość. Jestem zwolenniczką dużej ilości nadzienia oraz małej ilości ciasta. W końcu wnętrze przecież ważniejsze jest niż opakowanie, prawda? ;-). Na przeciwnym biegunie upodobań umościł się wygodnie Siński, który lubi czystość formy: makaron bez sosu (choć i z sosem nie pogardzi), ciasto bez żadnych dodatków (szczególnie bez rodzynków) i pączki z wyjątkiem nadzienia. (A tak na marginesie: kto ma niekłamaną przyjemność wyjadania dżemu?).

Rózne rodzaje pajów Wybór był olbrzymi: były paje z kangura, z emu, z jagnięciny z sosem miętowym (znów te wpływy z Wysp – niektórzy z pewnością pamiętają groszek miętowy w puszce), z rozmaitymi kombinacjami owoców morza, nie mówię już nawet o pajach na słodko. Te akurat odpadły w przedbiegach. Ostatecznie zamówiliśmy dla dzieci wersje tradycyjne: z wołowiną i z kiełbaska, a dla siebie eksperymentalne: czyli paj z krokodyla i paj z krewetkowym curry. Choć nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że tradycyjnie paje przygotowywane są z ciasta kruchego  – (może to daleki wpływ naszych szarlotek i babeczek) – to te, które jedliśmy w Australii były z ciasta francuskiego (podobnie jak spód do napoleonek). Jak wiadomo, ciasto francuskie to niemalże sam tłuszcz, więc patrząc sceptycznie na zarumienione paje i zatłuszczone torebeczki zaczęłam się zastanawiać ile będzie w tym jedzeniu przyjemności, a ile obowiązku. Okazało się jednak, że nie było najgorzej.

Paj z krokodyla Wierzch ciasteczek był kruchy, chrupiący, lekko brązowe płatki francuskiego ciasta z klasą i elegancją oddzielały się jeden od drugiego nie pozostawiając żadnych tłustych śladów. Każdy listek domagał się uwagi i kontemplacji swojej delikatności. Wierzch był wdzięcznie kruchy i zarumieniony, za to spód był miękki, ale na tyle solidny, aby utrzymać ciężar nadzienia. Paj krokodylowy krył w sobie puddingową masę, w której pławiły się kawałki białego, delikatnego mięsa, na tyle smacznego, że się zaczęłam dziwić, że krokodyle nie są powszechniej hodowane. Masa niewątpliwie pachniała morzem, ale jakoś tak delikatnie, trochę krewetkowo. Jak by ktoś powiedział, że zajadam właśnie jakiegoś gruboskórnego gada, nigdy bym nie uwierzyła. Smak pasował raczej do jakiejś ryby co najmniej tak ładnej, jak pstrąg. To? Krokodyl? Ależ skąd!

Pie z krewetkami w środku Paj krewetkowy za to nie smakował krewetkami nic a nic, ale warzywne (gdzie te krewetki?) nadzienie było żółciutkie od kurkumy, kolorowe za sprawą groszku i marchewki, i łagodne przyjemnie harmonizowało z ciastem. Po zjedzeniu tak obfitego śniadania spodziewałam się ciężkości na żołądku, a tym czasem nic. Na kilka godzin wypełniło nas błogie uczucie sytości.

Czyli te paje to wcale nie najgorsza przekąska dla łasuchów. Paje zjemy, a dietetykom pozostawimy sałatę. Bez dressingu.


Australijskie puchatki

6 stycznia 2010

Dżungla Stałam w środku buszu. Słońce świeciło jasno. Jego promienie prześlizgiwały się między liśćmi drzew eukaliptusowych. Z ich gałęzi zwieszały się liany na kształt węży gotowych w każdej chwili zacisnąć swe mordercze sploty wokół nieostrożnego przechodnia. Ciszę buszu przerywała tylko szemrząca muzyka pobliskiego źródełka i szum wiatru w koronach drzew. Do najpiękniejszej muzyki świata dołączył się teraz szum skrzydeł jakiegoś ptaka przelatującego właśnie nad koronami drzew i wypatrującego swymi bystrymi oczami zwierzęcia, w którym mógłby zatopić szpony.

Nagle coś się nade mną poruszyło. Na wysłaną suchymi liśćmi ziemię spadło kilka liści, jakby kolorowe motyle nad świeżo zaoranym polem. Podniosłam głowę. Nade mną ktoś siedział. A raczej coś. Tylko co to jest?

Koala na jaguarka  – Isia, patrz, jest!!! – busz zniknął, ale drzewo eukaliptusowe zostało. Zwierzę na nim też. Stałam na drewnianej ścieżce w środku ZOO, a mój brat ciągnął mnie za rękaw wskazując na drzewo. Na gałęzi, w pozycji “na jaguarka” spał sobie najprawdziwszy miś koala. Był słodziutki, szary, puchaty i naprawdę prześliczny. Trochę poniżej pierwszego puchatka siedzieli dwaj jego koledzy.

– Chodźcie, mamy dla was niespodziankę! – głos mamy dotarł do mnie jakby przez mgłę. Odeszliśmy od koali. Nic nie widziałam – w oczach miałam wciąż obraz tego przesłodkiego puchatka z tymi jego futrzastymi uszami i takim samym futerkiem. Stanęliśmy w kolejce do fotografii. Rodzice kupili bilety. Byłam pierwsza. Pani rangerka kazała mi złożyć ręce “w krzesełko” i posadziła na nich koalę. Jego futerko przypominało owczą wełnę. Był absolutnie słodki. Pani fotograf zrobiła zdjęcie swoim aparatem, a mama kilka naszym. Potem odebraliśmy zdjęcia z puchatkiem. Byłam wniebowzięta!

Rodzice prosili, abym przy okazji zaprosiła do galerii z wybrzeża słonecznego oraz do uzupełnionej z Brisbane (gdzie są właśnie zdjęcia futrzastych puchatków).


W potokach łez

2 stycznia 2010

Malownicze skałki Góry Glass House Mountains czyli (w wolnym tłumaczeniu Szklane Domy ;-)) usadowiły się na płaskowyżu nie wiedzieć dlaczego. Dookoła płasko, niedaleko ocean i dwa jeziorka, a one wyrastają w górę zupełnie niespodziewanie. W dodatku wcale nie jestem przekonana, czy nazwalibyśmy je górami. To bardziej gigantyczne głazy, które ktoś kiedyś porozrzucał pozornie bez ładu i składu. Tak naprawdę góry te mają także nazwy aborygeńskie, ale nie istnieje tu zwyczaj podwójnego nazewnictwa (anglosaskiego i miejscowego) znany nam z Nowej Zelandii, więc ich nazwa geograficzna wciąż przypomina, że Cookowi kojarzyły się z hutami (?) szkła znanymi mu z Yorkshire. Jak wszędzie na świecie tam gdzie są góry, tam są legendy. My mamy swój Giewont i rycerzy, Inkowie niezliczone mity o zamienianych w kamień członkach klanu, a Aborygeni mają także legendę o jednym z wierzchołków z charakterystyczną linią wierzchołka zbliżoną do przesuniętego nieco  jedną stronę wielbłądziego garbu.  To Coonowrin, który nie pomógł swojej ciężarnej z kolejnym dzieckiem matce w ucieczce przed wzbierającymi wodami oceanu, za co rozgniewany ojciec przetrącił mu kark. Strumienie spływające z gór mają symbolizować łzy żalu i wstydu ukaranego syna.

Nadchodzi gniew My mieliśmy wspiąć się na Mt. Ngungun, świętą podobno górę Aborygenów. Choć na Uluru (też świętą) raczej byśmy się nie wspinali z szacunku dla przekonań religijnych, to jednak musimy przyznać, ż Mt. Ngungun nie tchnął aż takim majestatem. Szlak opisany był jako dość trudny, dość stromy i śliski w czasie deszczu, zasięgnęliśmy więc języka u schodzącej właśnie z góry rodziny z dziećmi, która potwierdziła, że mimo to jest wart wysiłku. Rozpoczęliśmy więc wędrówkę po lesie deszczowym wypatrując (już to prawie dwa tygodnie robimy) misiów koala, które podobno można w tym miejscu zobaczyć. Wspięliśmy się wzdłuż imponującego monolitu, który wyglądał, jakby ktoś w maśle dłubał łyżeczką – miał nieregularne wgłębienia na całej powierzchni. Niewątpliwie wyżłobiła je woda choć  jaki sposób – trudno jest mi sobie wyobrazić. Weszliśmy na samą górę – odsłonięty szczyt z przepiękną panoramą nieszczęśnika z przetrąconym grzbietem.  W pobliżu nas na skałki wspinało się kilka osób, jakaś para odpoczywała w cieniu drzew podziwiając widoki. Radość jednak nie trwała długo, bo z oddali nadchodził deszcz. Nie jakaś mżawka, ale prawdziwa ulewa. Wiedzieliśmy, że musimy zejść z nieosłoniętej części szlaku jak najszybciej, co udało nam się zrobić zanim lunęło na dobre. Ale w lesie też nie było łatwo. Posiadaliśmy dwa poncha więc dzieciaki się w nie poubierały, a my (starsze 2B) próbowaliśmy się zmieścić pod nimi jak pod pałatkami. Ja z Isią to jeszcze pół biedy, ale Błażej próbujący się wepchnąć pod poncho Bernasia to dopiero był widok! :-).  Staliśmy przycupnięci i czekaliśmy aż deszcz odrobinę zelżeje, a w tym czasie naszym szlakiem spływał wartki strumyczek jak z dziesięciu sikawek.  Zeszliśmy więc potoczkiem na sam dół ostrożnie, delikatnie i krok za krokiem ciesząc się, że nam się upiekło i nikt nas gorzej nie potraktował. Dziesięć minut po tym, jak ustał deszcz wszystko było już suche.

Koali znów nie było. Pewnie uciekły przed rozgniewanym niebem. Co było robić… Pocieszyliśmy się orzeszkami macadamia.