Uśmiech po birmańsku

6 lutego 2010

Już na pierwszy rzut oka widać, że infrastruktura Yangoon umiera. Wiele przestronnych kolonialnych budynków rządowych i kamienic zbudowanych przez Brytyjczyków jest w ruinie – nie mają szyb, zieją pustką i świetnie nadawałyby się jako dekoracja planu filmowego horrorów – dyndające na wietrze folie, przerażające i ciemne wnętrza nie wymagałyby żadnych poprawek. Chodniki są nierówne – płyty chybocą się przy każdym kroku, gdzieniegdzie widać przepływające pod nimi kanały ściekowe. To właśnie tam biegają szczury. Tu i ówdzie płyt nie ma wcale, więc trzeba się patrzeć pod nogi, żeby jedną nogą nie wpaść w jakąś dziurę. Przerwy w dostawach prądu są przynajmniej kilkanaście razy dziennie, więc przed każdym sklepikiem, hotelikiem i jadłodajnią warczą włączone generatory. Generałowie porzucili dawną stolicę i zbudowali sobie nową Naypyidaw, gdzieś głęboko w dżungli i tam pewnie prąd jest na okrągło. Oni napawają się władzą i luksusem, a my nie możemy powstrzymać się od myśli, że tak jak Yangoon pewnie wyglądałaby Polska, gdyby nie 1989.

Jednocześnie życie biegnie swoim torem. Handluje się na chodnikach owocami, kablami elektronicznymi, ktoś gotuje coś w garkuchni. Na chodniku od czasu do czasu stoi plastikowy stoliczek, a na nim kilka zużytych aparatów telefonicznych, przez które rozmawiają Birmańczycy. Taka lokalna odmiana budki telefonicznej. Sterty pirackich CD-ków i kaset magnetofonowych (tak! kaset magnetofonowych!) leżą na foliach położonych bezpośrednio na ziemi i czekają na nabywców. Nie istnieją państwowe biblioteki, ale książki można kupić – sporo jest używanych, ale sporo też skserowanych pirackich wersji. Sporo mnichów i mniszek w pomarańczowych, purpurowych lub różowawych strojach zbiera jałmużnę. Na każdym rogu są teashopy, czyli herbaciarnie, gdzie można się napić herbaty parzonej na sposób hinduski – ze skondensowanym mlekiem i cukrem – sama w sobie stanowi świetny deser, a jeszcze do tego można sobie wybrać ciasteczka po niewielkich cenach. Mężczyźni chodzą w longyi – (bawełnianych kawałkach materiału obwiązanego wokół bioder) i plują betelem – rośliną żutą tutaj dla przyjemności, która zostawia na dziąsłach czerwono-czarne ślady. Nie widziałam ani jednej kobiety (mężczyzny także) z odsłoniętymi kolanami, więc nasze krótkie spodenki od razu powędrowały na dno szafy. Turystów jest mało – spotkaliśmy kilkoro Polaków, Rosjan, kogoś z Niemiec i z Singapuru. Sporo krajów bojkotuje Birmę także turystycznie, my jednak pamiętamy, jak bardzo odizolowana była Polska i jak bardzo jako dzieci ciekawi byliśmy przybyszów zza żelaznej kurtyny. Wierzymy, że taka izolacja (nie mówimy tu o sankcjach, ale o bojkocie turystycznym) przynosi więcej szkody niż pożytku.

Wszystko to nie wygląda dobrze, ale jak na razie jesteśmy zachwyceni ludźmi żyjącymi w tej trudnej rzeczywistości. Niektórzy nas zagadują, pytają skąd jesteśmy. Wszyscy są pogodni i chcą pomóc, opowiadają swoje historie, pytają Bernasia, jak ma na imię. Nie narzucają swych usług, choć widać, że prawie każdy tu próbuje jakiegoś własnego małego biznesu. Birmańczycy są delikatni w obejściu – jeśli ktoś nam coś proponuje, robi to w sposób niezobowiązujący i subtelny i uśmiecha się nawet jeśli do transakcji nie dojdzie. Czujemy się tu bardzo dobrze. Uśmiech – ciepły i życzliwy jest wszechobecny. Dlaczego takiego uśmiechu tak mało na polskich ulicach?

Zapraszamy do galerii…