Atrakcyjna stolica

11 listopada 2009

Kolega Gollum Siedzimy już drugi dzień w Wellington (stolica w końcu) i zwiedzamy (w zasadzie spacerujemy). Już samo chodzenie po mieście dostarcza miłych wrażeń, bo sympatycznie jest otrzeć się o kulturę przez duże K (teatrów tu bez liku), mniejsze K (jakieś nowe tytuły w kinach się pojawiły) oraz jeszcze mniejsze K (puby i życie wieczorne w centrum kwitnie – tym bardziej, że młodych turystów wielu). Nam nie jest dane zakosztować którejkolwiek z kultur główne z racji obecnych tu z nami dzieci – tu przewaga podróżowania bez nich wychodzi łatwo na jaw. Ale za to mogliśmy spokojnie razem podążyć szlakiem Froda, gdyż w Wellington miejsc filmowych jest bez liku. Nie dość, że kręcili tu sporo scen z tolkienowskiej trylogii, mieszka tu Peter Jackson (reżyser), organizowanych jest mnóstwo wycieczek do różnych lokalizacji, znajduje się tu firma Weta odpowiedzialna za efekty specjalne, to jeszcze w muzeum można zakupić sobie złotą replikę jedynego pierścienia za … bagatela 585 NZD (około 1100 zł) lub elfi płaszcz z broszą za ponad 400 NZD.

Malutki hobbit i wielki człowiek Skupiliśmy się na bardziej wirtualnych rozrywkach najpierw ucząc się od przewodnika jak robione były filmowe efekty wizualne z małymi hobbitami i dużymi ludźmi, czego efekt można zobaczyć obok (zdjęcie robione na Mount Victoria gdzie kręcone było kilka ze scen – ale o tym jeszcze będzie więcej mam nadzieję). Przy okazji dowiedzieliśmy się, że podobne sposoby są wykorzystywane w czasie transmisji z meczów między Nową Zelandią i Australią – oczywiście w rugby (niemal święty tutaj sport narodowy, jak nożna u nas … no może jak nożna u nas w 1982). Otóż gdy na boisko wbiega drużyna All Blacks (drużyna narodowa, bardzo poważna sprawa, duma każdego nowozelandczyka – nie próbuj nigdy naśmiewać się z All Blacks) kamera ustawiona jest na dole i filmuje do góry. Zawodnicy są więc duzi i jeszcze bardziej groźni. Gdy zaś na boisko wbiega drużyna z Australii (tfu, tfu, wrogowie i generalnie – rozumiecie – straszne fajtłapy) kamera patrzy na nich z góry przez co wydają się tacy malutcy. Tymi właśnie prostymi sposobami osiągnięto wiele w filmie “Władca Pierścieni”, gdzie obok małych hobbitów występują duzi ludzie – a to przecież byli wszyscy takiego samego wzrostu normalni aktorzy.

Multimedialna ściana w akcji Inną wirtualną rozrywkę odwiedziliśmy (w sumie już niejednokrotnie) w bardzo interaktywnym i nowoczesnym muzeum Te Papa. Prócz licznych eksponatów i wystaw pokazujących przeróżne aspekty życia w tym pięknym kraju w muzeum znajduje się wielka instalacja multimedialna OurSpace. Nie wchodząc w szczegóły techniczne (na szczegóły ciekawskich zapraszam tutaj) dość powiedzieć, że jest to wielka komputerowa ściana sterowana pilotami, gdzie w prosty sposób można umieścić swoje zdjęcie (lub krótki filmik) zrobione na jednym z ustawionych w pomieszczeniu komputerów. Obsługa jest niezmiernie prosta i nasze dzieci opanowały tą sztukę w minutę. Zabawa w umieszczanie i animowanie swoich wielkich zdjęć trwała godzinami. Szybko zorientowałem się też, że zdjęcia można przynieść do punktu obsługi na karcie z aparatu cyfrowego i po chwili ściana wypełniła się naszymi zdjęciami z podróży. Pierwszy raz mogliśmy zobaczyć te fotografie w takim formacie, bo ściana ma ze 2 metry wysokości i kilkanaście długości. Wrażenie było zniewalające. Do tego stopnia, że rodzina przylgnęła do ściany i nie chciała wyjść (głównie młodsza część rodziny). Z głośników sączyła się miła muzyczka, a na ścianie przewijały się nasze powiększone “gęby” – od starych zdjęć sprzed 6 miesięcy do najnowszych. Co ciekawe ścianę (i to, co się na niej dzieje) można również oglądać przez Internet, więc zapraszamy do rzucenia okiem.


Śnieg i lawa

7 listopada 2009

Do Parku Narodowego Tongariro podchodziliśmy jak do jeża. Głównie dlatego, że zamierzaliśmy zrobić trasę Tongariro Northern Circuit obliczaną na kilka dni i  biegnącą przez cały niemalże teren parku. Tongariro National Park tworzą aktywne i święte dla Maorysów wulkany: Mt Ngauruhoe (2291m n.p.m.) -majestatyczny Mount Doom we Władcy Pierścieni, Mt Ruapehu (2797m n.p.m.) – najwyższy na Wyspie Północnej i Mt. Tongariro (1967m n.p.m.). Tongariro Northern Circuit ma prawie 45 km i wiedzie dookoła wulkanu Ngauruhoe – najpiękniejszego z nich, symetrycznego stożka o tej porze roku wciąż pokrytego śniegiem.

Trochę się topiZima w Nowej Zelandii w tym roku najsroższa od 60 lat, a na Południowej Wyspie właśnie zawiało śniegiem, o czym z pewną satysfakcją donosiły wiadomości oraz połowa poznanych Nowozelandczyków. Nasze plany przejścia Tongariro Northern Circuit stanęły więc pod znakiem zapytania, tym bardziej, że sprzęt posiadany przez nas nadaje się dużo bardziej na tropiki niż na temperatury w okolicy zera. Próby podpytywania DOC* zwiększyły tylko nasze obawy – na szlaku miał leżeć śnieg, zeznania dotyczące grubości warstwy nie były zgodne, ale najgorszy scenariusz obejmował brodzenie po pas w roztapiającej się mazi. Średnio nam się to uśmiechało, bo chociaż czapeczki, rękawiczki i szaliki mamy jeszcze z Peru, to nasze buty kupowaliśmy wybitnie pod tropiki – delikatna siateczka umożliwia oddychanie stopy w upale, a w deszczu czy śniegu – wiadomo… Zaczęliśmy więc rozważać wypożyczenie sprzętu, mając nadzieję, że miejscowa infrastruktura stanie na wysokości zadania. Najbardziej martwiliśmy się o Sińskiego, dla którego, z racji rozmiaru, wypożyczenie kurtki mogło nie być łatwe. Kurtek nie mieliśmy bowiem jeszcze od Kostaryki, kiedy to nasz dobytek bezwstydnie rozkradziono. Od tego czasu deszcz przeganialiśmy nylonowymi ponczami, średnio użytecznymi w górach, gdy wieje i zimno. Tak więc Siński dostał kurteczkę podbitą polarkiem. Następnego dnia z rozpędu nabyliśmy jeszcze kurtki dla pozostałych – z różnych źródeł i po relatywnie niewielkich cenach. Tak osprzętowieni (hehe) pojechaliśmy do Visitors Center w Whakapapa, licząc na to, że tam będą wiedzieć najlepiej, jakie są warunki i czego się można spodziewać. Było chłodno, ale bezchmurnie, co nie jest podobno aż tak częste nad Tongariro. Powiedziano nam, że na szlaku są tylko łachy śniegu, więc wyglądało na to, że jest lepiej niż zapowiadano.

Mount Doom ani chybiZa dobrze jednak być nie może. Siński z idealnym wyczuciem chwili dostał gorączki (pewnie po bieganiu w sandałach po mokrej trawie poprzedniego dnia) i zaczął skarżyć się na ból głowy spowodowany zapewne megazapchaniem nosa. Nie przeszkadzało mu to jednak dokazywać jak zwykle, co jest najlepszym barometrem jego ogólnego stanu zdrowia. Zjedliśmy więc obiad, wypiliśmy herbatę, Siński dostał lekarstwa i wyruszyliśmy na trzygodzinny spacer po względnie równym terenie w kierunku pierwszego przystanku Tongariro Northern Circuit – schroniska w Mangatepopo. Schroniska w Nowej Zelandii są inne niż te polskie – mają platformy do spania, materace, palniki gazowe i piec (też gazowy), który można włączyć w razie potrzeby. Są zwykle niewielkie, przytulne i zawsze mają opiekuna. Za to kuchni nie mają i zupek kupić nie można, więc trzeba całe jedzenie targać ze sobą. Jeśli ktoś marzył o jakimś lokalnym odpowiedniku żurku, grochówki lub czeskiej zupy czosnkowej, to może o tym zapomnieć. Rozgościliśmy się z przyjemnością, najedliśmy się i stwierdziliśmy, że w zależności od samopoczucia Bernasia będziemy modyfikować nasze plany dotyczące dalszej wędrówki. W nocy niestety miał gorączkę, a następnego dnia miał być wiatr i deszcz, więc zdecydowaliśmy się przeczekać i pogodę i katar Sińskiego, pojąc go herbatką i karmiąc miodem z manuki (poziom aktywności 5) – nowozelandzką specjalnością, którą dostaliśmy od Ani z Zielonego Wzgórza (Aniu, ale nas uratowałaś :-)). Poiliśmy go i karmiliśmy na tyle skutecznie, że pod koniec dnia, kiedy zaczęło się przejaśniać  zrobił nam karczemną awanturę, dlaczego mu nie pozwalamy biegać po dworze i chlapać się w górskim strumyczku. Najwyraźniej trochę krzepy przeszło na niego od twardych Nowozelandczyków, których dzieci biegają boso i tylko w koszulce w temperaturach, w których w Polsce niektórzy noszą jeszcze kozaki.

Jedno z jeziorekNastępnego ranka, korzystając ze słonecznej pogody wyruszyliśmy już na szlak i po pokonaniu dwóch stromych podejść weszliśmy do krateru, a następnie mogliśmy podziwiać prześliczne, choć cuchnące siarką szmaragdowe jeziorka (Emerald Lakes) i położone wyżej Jezioro Błękitne (Blue Lake). Szliśmy po potokach zastygłej lawy, wyobrażając sobie, co musiał czuć Frodo, obserwowaliśmy unoszące się w powietrze wulkaniczne wyziewy, rzucaliśmy się śniegiem i podziwialiśmy naturę. Błażej zabawiał nas opowieściami o kolejnych przygodach Gandalfa i spółki, a że akurat byliśmy przy Mordorze, więc nie mogło być lepiej. Szło się nam tak dobrze, że po przejściu zaplanowanego na ten dzień odcinka zdecydowaliśmy się przejść do kolejnego schroniska bijąc tym samym dzienny rekord wspólnych spacerów w czasie  naszej wyprawy (czyli 21 km).  Cały szlak (45km) zajął nam w sumie 2,5 dnia, nie licząc przymusowego odpoczynku na kurowanie Bernasia. Niesamowite wrażenie robił pięknie kontrastujący śnieg na wystygłej lawie a także zmienność krajobrazów. Była pustynia, pokryta scrubem, czyli kolczastymi zaroślami, bez najmniejszych śladów życia, i las, gęsty i pełny śpiewających ptaków,  i wodospady spadające z hukiem z wysokości kilkudziesięciu metrów. Jedno było tylko niezmienne: dwa wulkany – pokryte śniegiem, dymiące, groźne.

Galeria w przygotowaniu. Zapraszamy do galerii!

*Departament of Conservation, czyli organizacja zajmująca się parkami narodowymi w Nowej Zelandii


Atrakcji bez liku

2 listopada 2009

Gejzer gotowy do wybuchu Już po kilku chwilach w Rotorua zorientowaliśmy się, że atrakcji jest taki wybór, że aż strach. No i niektóre są takie, że … aż strach. Nowozelandczycy mają wyobraźnię! Okolica znana jest z aktywności geotermicznej i wulkanicznej – są więc gejzery (niektóre startują jak w zegarku wzruszane kawałkiem mydła), błotne jeziorka wulkaniczne, kąpiele w termalnych źródłach lub w błotku, spa wszelkiego rodzaju, wioski pogrzebane pod pyłem wulkanicznym (wybuch był w 1886) i oczywiście tradycyjne pokazy tańców maoryskich. Ale są też zjazdy z górki na pazurki na wózkach (nazywa się to luge), loty helikopterem nad wulkanami (podobno można samemu sterować), wyścigi w dziwnych, jednoosobowych “kolejkach linowych” napędzanych pedałami (shweebing – jedyne miejsce na Ziemi, gdzie coś takiego istnieje), skoki na bungie, przejażdżka wielką motorówką przez grzmiący wodospad, skoki spadochronowe w tandemie (aby było ciekawiej to z małego akrobacyjnego samolotu), quady przez błoto, rafting przez wodospady i górskie strumienie, żużlowe motory do wynajęcia, spadanie trójkami w dziwnych śpiworkach na linie (swooping – też jakiś nowy wynalazek) oraz zorbing (czyli staczanie się ze zbocza w olbrzymiej gumowej kuli).

Tor do zorbingu Ponieważ miałem kiedyś przyjemność (prawdę mówiąc nieco wątpliwą, bo był środek lata i było diabelnie gorąco) znaleźć się w kuli do zorbingu i toczyć się po trawie, z pewnym zainteresowaniem przyjrzałem się co oferują w mieście, gdzie zorbing zdaje się wynaleziono. No więc nie tylko można dać się wsadzić do olbrzymiej, gumowej, przezroczystej kuli i dać stoczyć z górki na pazurki (pod górę jest zbudowany sprytny wyciąg dla kul), ale można też spróbować zjazdu zygzakiem (jest specjalny tor), zjazdu w parach lub trójkami oraz dwu specjalności zakładu: jazdy w uprzęży (Zorbit) oraz jazdy w kuli napełnionej sporą ilością zabarwionej na niebiesko wodą (Zydro) – w zimie ciepłą, a latem zimną. W pierwszym wypadku jest to bardziej kosmiczny rollercoaster, gdzie nie masz na nic wpływu, zaś w drugim – wrażenia są z połączenia zorbingu (możesz próbować sterować kulą) i jazdy rurą w aquaparku (czyli jesteś mokry). Fajnie, nie? 🙂 Nie dość, że jesteś zamknięty w kuli staczającej się ze zbocza i możliwości hamowania masz żadne, a sterowania niewielkie, to jeszcze możesz się podtopić. Jakoś mnie to nie przekonuje, choć może straciłem niezłą frajdę nie jadąc, co? 😉

Z jednej więc strony Nowozelandczycy mają tą nutkę szaleństwa, a z drugiej strony odgórnie pewien porządek bardziej chyba brytyjski jest. Sklepy zamykane są najczęściej koło 17-tej, na osiedlach obecne są patrole sąsiedzkie, istnieje telefon noise control służący do donoszenia na wyjące do księżyca pociechy sąsiadów, zaś w całej Nowej Zelandii tylko przez 2 dni w roku można kupić sztuczne ognie – na Guy Fawkes Day (5 listopada). Ustawowo! I to właśnie jest dziś i wczoraj. W TV reklamy, a w supermarkecie pudła z fajerwerkami. Pomyślałem oczywiście o sylwestrze i polskich zwyczajach puszczania ogni wszelakich. Niestety nie kupiliśmy nic, bo sylwestra spędzimy już w Australii, a zanim tam dolecimy będziemy znów musieli przejść przez węszących celników. Za to na efekty wystrzałowe pojechaliśmy do wybuchającego codziennie o 10:15 rano gejzera napędzanego mydłem.

Zapraszamy na zdjęcia z Rotorua i okolic.