Wyobraźcie sobie, że spełniają się Wasze marzenia z okresu zakochania i przebywacie ze swoim partnerem przez cały czas, a Wasze osobne światy ulegają zawieszeniu w wirtualnej rzeczywistości. Część osób na pewno byłaby zachwycona, ale niektórzy będą przerażeni samą myślą, że coś takiego miałoby się wydarzyć. A teraz trudniejsze ćwiczenie: jeśli macie dzieci, wyobraźcie sobie, że jesteście z Waszymi skarbami przez całą dobę, 365 dni niemalże bez przerwy. Nie ma niani, nie ma szkoły ani przedszkola, nie ma babci, która zostanie z dziećmi, żebyście mogli wyrwać się do kina albo pójść na wspólną kolację. Nie ma koleżanek i kolegów Waszych dzieci, którzy działają jak wentyl bezpieczeństwa, z którymi mogą się bawić, chować, okładać się, walczyć kijami i włazić na drzewa, krzyczeć na siebie i zwierzać swoje dziecięce tajemnice. Wyobraźcie sobie, że jesteście dla nich tylko Wy: rodzice, dziadkowie, nauczyciele, przyjaciele, koledzy, negocjatorzy i wentyle bezpieczeństwa w jednym.
Nic dziwnego, że rodzin podróżujących przez dłuższy czas spotkaliśmy tak niewiele. Jednak jakoś tak się dotychczas składało, że choć spotykaliśmy ich rzadko, to w ważnych dla nas i czasem trudnych momentach. Najpierw jak dobry duch pojawił się Theo z Holandii z żoną i dziewięcioletnią córką. Właśnie zaczynaliśmy naszą podróż, niepewni jeszcze, czy nam się uda, nie do końca wciąż wierząc, że rzeczywiście się zaczęło. W hostelu przy Zocalo w Mexico City rozmawialiśmy może 15 minut, bo Theo wyjeżdżał właśnie na lotnisko, aby po krótkim pobycie w Los Angeles i po 9 miesiącach poza domem zakończyć podróż dookoła świata. Te 15 minut było dla nas bardzo ważne – natchnęło nas wiarą, że można, że się uda i że dla dzieci będzie to wspaniałe przeżycie. “Będziecie zachwyceni” – powiedział Theo. “Jak ja wam zazdroszczę, że właśnie zaczynacie…”. Theo towarzyszy nam w podróży przesyłając porady i linki i dzieli się z nami swoimi uczuciami związanymi z powrotem do ustabilizowanej codzienności. Kiedy w piątym dniu naszej podróży okazało się, że jesteśmy w samym centrum epidemii wcześniej nieznanej świńskiej grypy, mieliśmy jeszcze więcej siły i wiary, że mimo to nasza przygoda przebiegnie pomyślnie. Dobrze spotkać dobrego ducha na samym początku podróży.
W Ameryce Łacińskiej spotykaliśmy niekiedy rodziny, które wybrały się na kilkutygodniową wycieczkę do danego kraju, ale żadnej, która podróżowałaby tak długo, jak planowaliśmy. Dopiero w Nowej Zelandii i Australii było inaczej. Aleksa, Singę (Szwajcarkę o polinezyjskich rysach rodem z Samoa) i ich dwoje dzieci poznaliśmy w Parku Narodowym Abla Tasmana w Nowej Zelandii – właśnie skończyliśmy kilkudniową wędrówkę. Wystarczyły dwa słowa i chłopcy już bawili się w berka biegając po kempingu udowadniając, jak wiele wspólnego mają ze sobą dzieci w podobnym wieku. Alex pokazał nam jak upiec nad ogniskiem chleb owinięty wokół kija jak wąż. Wąż z ziołami i sporą ilością czosnku. Alex był z zawodu chefem – wiedział więc, co robi. Cała czwórka po czasowej przeprowadzce na Samoa i na Nową Zelandię wracała do Szwajcarii, aby ponownie tam osiąść. Nad ogniskiem przegadaliśmy dwa wieczory zajadając parujący chleb czosnkowy i słodycze.
Jeffa i Karen spotkaliśmy w Cairns. Też jechali dookoła, tyle, że z Seattle. Jeff spojrzał czujnie na nasze dzieci wiercące się niespokojnie nad rozłożonymi na kempingowym stoliku książkami i zapytał krótko: “Podróżujecie z dziećmi?”. Drugie pytanie było zaskakująco bliskie naszym codziennym problemom: “Uczycie swoje dzieci w drodze?”. Potaknęliśmy, westchnęliśmy ciężko i następnie spędziliśmy razem dwa wieczory omawiając problemy związane z homeschoolingiem (nauką poza szkołą), zachwycając się dziewiętnastowiecznym pomysłem oddania edukacji instytucjom zewnętrznym. Ich córka właśnie postanowiła wrócić do Stanów, bo podróż i kończenie szkolnych kursów w Internecie ją zmęczyło. To, że Karen i Jeff mieli podobne co my problemy z nauką i zdyscyplinowaniem swoich (starszych nieco, bo 14 -letniego syna i 17-letniej córki) dzieci było i pocieszające i załamujące jednocześnie. Pocieszające, bo zadziałało jak grupa wsparcia. Załamujące, bo myśleliśmy, że tego typu problemy kończą się wcześniej.
Takich rodzin spotkaliśmy kilka. Być może jest ich więcej, ale może podróżują inaczej – rzadziej niż my nocują na kempingach, poruszają się swoim samochodem albo camperem, jadają w innych miejscach. O tych, których poznaliśmy, i o tych, którzy się na taką podróż zdecydują, myślimy ciepło. Jak o towarzyszach broni.
Our warmest thoughts go to you, our brothers in arms.
Opublikował/a Beata Kotełko